Laury po raz drugi

KOLOSY 2000 Wielcy w próżni

Po raz drugi rozdano Kolosy - nagrody za podróżnicze dokonania roku. W ciągu 12 miesięcy jakie minęły od pierwszej edycji tej imprezy, pojawiło się niemało naśladowców pomysłu Janusza Janowskiego. Za niektórymi stali poważni sponsorzy, w grę wchodziły spore nagrody pieniężne. Mimo to - i pomimo, iż honorowe Kolosy przyznano dopiero po raz drugi - nikt z obecnych w gmachu Radia Kraków nie miał wątpliwości, że to tu właśnie rozdaje się polskie turystyczne Oscary.

Kiedy dwa tygodnie wcześniej, podczas Ogólnopolskiego Spotkania Podróżników w gdyńskim Centrum Gemini kapituła Kolosów miała dokonać prestiżowych nominacji - przez ciasną salkę, w której prezentowali swe tegoroczne dokonania podróżnicy wszelkiej maści, przewinęły się dziesiątki aspirantów do prestiżowych laurów. Oczywiście - największe szanse na przychylność jurorów mieli ci, namaszczeni oficjalnym zgłoszeniem już wcześniej - jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że i spośród licznej młodzieży uczestniczącej w wieczornych slajdowiskach dałoby się wyłuskać godnych kandydatów. Ogarnięcie tej masy okazało się jednak dla Kapituły ponad siły. I trudno się dziwić...
Tak więc - na finał do Krakowa zjechały prawdziwe tuzy, pośród których nawet ci przed rokiem wcale lub mało znani zdążyli już sobie wyrobić - dzięki mediom - nazwisko. Może tylko młodzieniec z Tych, Adam Bielecki, do ostatniej chwili nieznany bliżej szerszej publiczności - zasługiwał na miano czarnego konia pełną gębą.
Najstarsza - najmłodszy
W kategorii Alpinizm spotkaliśmy się ze starymi znajomymi. Po raz drugi z rzędu do Kolosa aspirował bowiem superzespół wspinaczy, który przed rokiem triumfował bezapelacyjnie. Jacek Fluder, Janusz Gołąb i Stanisław Piecuch znani są z brawury - popartej jednak mistrzowską precyzją - z jaką w alpejskim stylu i w rekordowych czasach pokonują liczone w kilometrach nawet pionowe skalne monstra. To światowa ekstraklasa! Rok temu o głodzie i chłodzie przez dwa tygodnie nie zeszli z kolosalnej ściany Kedarnath-dome w Himalajach - aż dopięli swego. Tym razem trafili do egzotycznej wciąż dla wspinaczy Grenlandii aby na tamtejszych specyficznych, ostrych skałach wytyczać nowe drogi i bić rekordy czasu przejścia tych już pokonanych. Że rekordy efektowne - to powiedziane zbyt mało, skoro - na przykład - z paroma batonikami pożywienia "w garści" nasi wyczynowcy zredukowali z czterech dni do... szesnastu godzin wymiar romantycznie nazwanej drogi "War and Poetry". Lecz, choć na Grenlandii wielką trójkę wzmocnił czwarty - nie mniej mocny Marcin Tomaszewski, trudno było liczyć na powtórzenie triumfu sprzed roku. Wszak rok 2000 był w polskim alpinizmie rokiem Anny Czerwińskiej!
Powszechnie lubiana za naturalność, prostotę i poczucie humoru oraz podziwiana dla swej zaciętości i swego hartu ducha osoba - w minionym roku przypieczętowała swój status spadkobierczyni Wandy Rutkiewicz na kobiecym tronie polskiego himalaizmu. Czy tylko kobiecym? Przy mniej spektakularnych w tym roku osiągnięciach w górach najwyższych mężczyzn - zwłaszcza zaś wobec krachu mocno reklamowanej wyprawy na Makalu pod wodzą Krzysztofa Wielickiego (którą zresztą nie powinniśmy się tu zajmować, bo zakończyła się w roku 2001) - Anna Czerwińska przyćmiła wszystkich. Stając (w swej czwartej próbie) na szczycie Everestu - została pierwszą Polką (i drugim - po Leszku Cichym - ...Polakiem) ze zdobytą Koroną Ziemi. Jak wiadomo - chodzi tu o pokonanie najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Co więcej - Czerwińska weszła też do historii podboju Dachu Świata jako najstarsza kobieta na najwyższym szczycie Ziemi. W chwili, gdy dopięła swego liczyła sobie lat 51.
Właśnie... Nie wypominając Ani - broń Boże! - wieku, nie sposób nie zauważyć jednak, że w górach najwyższych od wielu lat powtarzają się te same polskie nazwiska. Chadza tam wciąż to samo pokolenie, które przebojem zdominowało światową czołówkę, dokonując heroicznych czynów w latach 80. Młodzi wolą spektakularne popisy na trudnych technicznie lecz nie tak niebotycznie wysoko położonych ścianach. Od kilku już lat słychać było narzekania nad brakiem następców herosów - aż...
...pojawił się Adam Bielecki. Ten siedemnastoletni, delikatnej budowy licealista swą pajęczą posturą przypomina typowego skałkowca - a jednak to on właśnie awansował znienacka na Wielką Nadzieję polskiego himalaizmu. Mimo, że... w Himalajach jeszcze się nie wspinał. Jednak samotne wejście na siedmiotysięczny Khan-Tengri w Kazachstanie - pozwoliło mu wpisać się do kronik jako najmłodszemu jego zdobywcy.
- Tam, wysoko, czuję się mocny: im wyżej tym bardziej - zwierzał się mi w Krakowie podczas pożegnalnego bankietu. - Łatwo się aklimatyzuję, obywam się bez tlenu. Nikt w rodzinie przede mną się nie wspinał - tymczasem mnie przychodzi to samo. Najpierw "robiłem" trudne problemy w Tatrach - by później dopiero, dla formalności - uczyć się tego na kursach. Po Khan-tengri wiem, że stać mnie na więcej. Teraz czas na Himalaje: marzę o Cho-Oyu - najmniejszym z ośmiotysięczników. Gdyby się udało - tam też byłbym najmłodszym na szczycie...
Czas pokaże, czy Adam Bielecki przejmie pałeczkę po tracących już impet liderach polskiego alpinizmu. Na razie górą jeszcze doświadczenie, a Kolosa dla nieobecnej w Krakowie (walczącej akurat na stokach Lhotse) Anny Czerwińskiej złożono na ręce Anny Milewskiej - wdowy po zmarłym w ubiegłym roku Andrzeju Zawadzie: guru polskich alpinistów, bez którego nie byłoby największych naszych sukcesów w najwyższych górach.
Bez konkurencji
Tym razem bez emocji w kategorii Eksploracja Jaskiń. Jedynym nominowanym był bowiem zespół speleologów z Żagania i Gorzowa pod kierownictwem Daniela Oleksego. Działając w Austrii - mekce polskich grotołazów - wyeksplorowano 3600 metrów niedocenianej dotąd jaskini Pod Śnieżnymi Korkami w masywie Tannengebirge. Polacy osiągnęli tam głębokość 280 metrów. Ta sama ekipa działała też z sukcesem w Chorwacji, gdzie odkrywszy jaskinię nazwaną - patriotycznie - Lubuską, dotarła do 330 metrów - a to ponoć nie koniec.
Nie umniejszając sukcesu nagrodzonych oraz uznając prawo pozostałych "jaskiniowców" do słabszego sezonu - niżej podpisany utwierdził się w tym roku w poglądzie, że utrzymywanie odrębnej kategorii dla speleologów jest praktyką wątpliwą i świadczy o pewnym partykularyzmie krakowskich organizatorów. Na przedpolach Karpat ceni się wszak przede wszystkim to, co związane z górami; czy to z zewnątrz - czy od środka.
Archeologia podniebna
W kategorii Podróże, dla odmiany, nominowanych było ponad normę: aż cztery przedsięwzięcia, z których jedno pretendować powinno raczej do Wyczynu Roku. Michał Thlon i Piotr Różalski, których wędrówka przez pustynię Gobi omal nie skończyła się tragicznie - na rozpalonym słońcem pustkowiu przeżyli istną drogę przez mękę. Ta 48-dniowa epopeja cierpienia i męstwa bardziej przypominała wyczyny Aleksandra Doby czy - szczególnie, choć a rebours - Janusza Bochenka. Z podróżą wiele wspólnego nie miała więc, wśród krajoznawców, etnografów, paralotniarzy i... paraarcheologów, krakowscy studenci - o paradoksie! - już na starcie skazani byli na klęskę. Łzy postarali się otrzeć im dziennikarze: Thlonowi i Różalskiemu przyznaliśmy bowiem własną nagrodę - dla najbardziej niedocenionego osiągnięcia roku.
Najgłośniejszym przedsięwzięciem w tej stawce było to, podjęte przez czwórkę o znanych nazwiskach. Wojciech Jazdon, Jacek Jezierski, Wojciech Moskal oraz Adam Wajrak - ludzie poniekąd z różnych eksploracyjnych "parafii" - spotkali się w tym składzie bodaj po raz pierwszy, aby śladem Eskimosów przejść po lodzie z Kanady na Grenlandię. I - po pewnych perturbacjach - przeszli, a potem włóczyli się po tubylczych wioskach tropiąc to, co jeszcze zachowało się tam z pierwotnej kultury północnego ludu. Potem pięknie to wszystko opisał w prasie Adam Wajrak - zaś w Krakowie na wesoło zrelacjonował Wojciech Moskal, swą bezpretensjonalną opowieścią wzbudzając salwy śmiechu na widowni.
Całkiem inny klimat zapanował wówczas, gdy ciemności goszczącego Kolosowych gości radiowego studia wypełniły egzotyczne, tajemnicze dźwięki. Gardłowy śpiew, nerwowy, urywany rytm bębna... Piotr Malczewski i Witold Michałowski w południowosyberyjskim Kraju Urianchajskim spotkali szamanów, których rytuały, twarze oraz stroje przywodziły na myśl indiańskich czarowników. Ukryta wśród przepysznej syberyjskiej przyrody starożytna kultura - fascynujące przeżycie dla podróżników i ich słuchaczy. Było pięknie i nastrojowo - do momentu jednak, kiedy w tle opowieści pojawiła się hydra polityki. Zgrzytnęło - bo wprowadzony w tę dziewiczą scenerię ideał(?) "drugiej Czeczenii" to - mówiąc oględnie - nieporozumienie...
Laur przypadł zespołowi Atacama 2000, który pod kierownictwem Wojciecha Wiltosa badał wszechstronnie Kordylierę Domeyki: łańcuch górski w północnym Chile. Działając w surowej pustynno - górskiej scenerii zdobywano liczne szczyty (w tym - najprawdopodobniej dziewiczy wulkan Chilique) oraz osiągnięto światowej jakości wynik w locie wysokościowym na paralotni, wzlatując z wysokości 5093 m n.p.m. Tychże latających urządzeń użyto także do... badań archeologicznych - dokumentując z powietrza położenie i rozkład szczątków pradawnych indiańskich osiedli.
Jerzy Wielki
Wielkim nieobecnym w Krakowie (problemy rodzinne) okazał się tym razem Krzysztof Baranowski. Jego mocno nagłośniony powtórny rejs dookoła świata przyniósł mu nominację do Kolosa, jednak mało kto stawiał na niego podczas ostatecznej rozgrywki. Dlaczego? Być może, gdy świat się skurczył, taki wyczyn nie działa już na wyobraźnię mieszkańców "globalnej wioski".
Ażeby ją poruszyć - trzeba już czegoś więcej. Ten dodatkowy warunek spełnili Adam Masłowiec i Jarosław Strzeszewski (emeryt i rencista), którzy na opłynięcie Ziemi potrzebowali wprawdzie dwóch lat, ale za to puścili się w tę podróż na 9-metrowej łupince stareńkiej (25 lat) łódki. Przez większą część rejsu dwaj panowie żeglowali też bez jakiegokolwiek środka radiowej łączności, kiedy zaś u wschodnich wybrzeży Afryki sztorm połamał maszt ich jednostki - nie byli w stanie walczyć z przeciwnym wiatrem, co doprowadziło ich do nieplanowanej wizyty w... Ameryce.
A jednak nie im przypadł Kolos, lecz gdańszczaninowi Jerzemu Wąsowiczowi, który jako triumfator także Rejsu Roku - najbardziej prestiżowej w polskim żeglarstwie nagrody (przyznawanej przez redakcję "Głosu Wybrzeża") - stał się tym samym najbardziej utytułowanym polskim podróżnikiem roku 2000. Kapitan Wąsowicz zakończył kolejną swą, ponaddwuletnią włóczęgę po świecie, płynąc na niemal 50-letniej "Antice" - którą przez ponad dekadę przerabiał był swego czasu na szlachetną jednostkę z "zajechanej" rybackiej krypy.
Znikąd po sławę
I tak dotarliśmy do Wyczynu Roku - kategorii, w której konkurencja była najostrzejsza - bo też spotkali się w niej autorzy przedsięwzięć niepośledniej miary. Począwszy choćby od Krzysztofa Starnawskiego - posiadacza Kolosa'99 za rekordowe głębokościowe nurkowania w jaskiniach. Przed rokiem do triumfu wystarczyła mu głębokość 131 metrów - tym razem skończyło się na nominacji, mimo iż w tzw. międzyczasie dołożył ich jeszcze aż pięćdziesiąt Ale czyż można się dziwić, skoro rok 2000 był czasem spektakularnego wyjścia z cienia dwóch, nie znanych dotąd szerzej wędrowców, którzy - dokonawszy swych wyczynów samotnie i w ekstremalnie trudnych warunkach - nagle znaleźli się w partenonie polskich globtroterów.
Pierwszy z nich - Aleksander Doba - to postać nienowa w kajakarskim środowisku. Rok wcześniej opłynął nawet samotnie Bałtyk, jednak prawdziwą sławę przyniósł mu dopiero trzymiesięczny rejs z Polic do Narwiku, w trakcie którego pokonał monstrualny dla kajaka dystans 5369 kilometrów. Oznacza to, że średnio jego kajak przepływał 53 kilometry dziennie. Dodać tu trzeba, że Doba liczy sobie lat 54 a niemal przez całą podróż śmiałka nękały przeciwne wiatry oraz nasilające się - ku jesieni - sztormy. Wyczyn najwyższej miary i jego autor bez wątpienia byłby absolutnym Kolosowym pewniakiem, gdyby nie miał pecha trafić na... Janusza Bochenka.
Ten kompletnie nieznany młody człowiek z Katowic wybrał się otóż poprzedniej zimy w swą pierwszą dalszą podróż. Nad Bajkał. To legendarne jezioro staje się ostatnio dosyć modne wśród polskich turystów. Tyle tylko, że nikt z nich nie wpadł wcześniej na szaleńczy pomysł aby obejść je na własnych nogach i to... po lodzie, w warunkach ostrej syberyjskiej zimy. 63 dni samotnej - i bez środków łączności - wędrówki skończyło się szczęśliwie, chociaż.... nie musiało. Były dramatyczne chwile - lecz każdy, kto zna kulisy przygotowań Janusza do wyprawy - wie jak rozsądnie i odpowiedzialnie do nich podszedł. To dobrze rokuje na przyszłość - a ta w planach młodego wędrowca wygląda imponująco...
Kolos z brodą
W tym roku przyznano także Kolosa specjalnego, w 20 rocznicę jednego z największych osiągnięć polskich podróżników. Chodzi o przepłynięcie kajakami i tym samym odkrycie dla świata nieprzebytego wcześniej przez człowieka kanionu Rio Colca w Peru. Sukces - po jedenastu dniach zmagań z żywiołem bez możliwości wycofania się na trasie z tej skalnej pułapki - odbił się wówczas wielkim echem na całym świecie. Oprócz... Polski, gdzie - w drodze rewanżu za protest członków ekipy przeciw wprowadzeniu stanu wojennego - całkowicie przemilczano ich osiągnięcie. Po latach - nagrodę odebrało kilku z ówczesnych członków wyprawy krakowskiego klubu kajakowego "Bystrze", z których większość do dziś mieszka za granicą. Przez ocean, specjalnie na tę uroczystość przybyli dwaj z nich: Jerzy Majcherczyk oraz Andrzej Piętowski, który okazał się też urodzonym wodzirejem zamieniając pożegnalny bankiet we wspólną, spontaniczną, radosną zabawę. I tak, po emocjach rywalizacji - wszyscy znów poczuli się razem.
We własnym sosie
Wszyscy ci, którzy uczestniczyli w finale pierwszej, ubiegłorocznej edycji Kolosów wciąż wspominają oryginalną scenerię podziemnych sal w Kopalni Wieliczka. Tym razem z kopalnią nastąpił rozwód. Wnętrze studia Radia Kraków imponowało nowoczesnością, jednak sala pomieścić mogła znacznie mniej widzów. Tych, którzy martwili się tym - spotkała niespodzianka: przez dwa dni trwania imprezy nie brakowało pustych krzeseł, które zapełniły się szczelnie dopiero na prestiżową chwilę rozdania nagród. Jak na położony w samym centrum tak bardzo "turystycznego" miasta budynek - było to zjawisko zdumiewające. Już w zeszłym roku "Księga Przygody" wyrażała ubolewanie z powodu słabego udziału młodzieży w tak atrakcyjnej i inspirującej do zdrowej aktywności imprezie. Tym razem odpadły argumenty o peryferyjnym położeniu Wieliczki. Przedsięwzięcie nie było po prostu właściwie rozpropagowane - zwłaszcza w szkołach. Wygląda na to, że organizatorów satysfakcjonuje sam udział gwiazd i mediów, co sprawia, że Kolosy sterują ku pozostaniu kolejną ściśle środowiskową imprezą, zamiast stać się okazją przedstawienia młodzieży alternatywnego - dla pełnej patologii codzienności - wartościowego stylu życia. Szkoda.

Janusz Czerwiński

dodal: cejot (7 stycznia 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony