Sukces wyprawy Romka Koperskiego

Pod klubową flagą. Dotarli na grób Czerskiego!

Rejsowy AN-24 z trudem oderwał się od lotniska w Jakucku. Jego silniki pracowały tak samo ciężko jak serce starego człowieka. Pod nami rozciąga się Jakucja, surowa syberyjska kraina. Za oknem bezkresny ocean nieba, pod skrzydłami przemykają łabędzie karawany obłoków. Po jakim czasie silniki zaczęły miarową pracę, samolot wyrównał lot i niczym powietrzny okręt popłynął w przestrzeń. Jest nas pięciu, pięciu pasjonatów Syberii i historii z nią związanej, mamy skromny lecz ważny dla nas bagaż, i w przeciwieństwie do gęsi i żurawi, lecimy na północ, w kierunku odległego miejsca, gdzie leży pochowany nasz wielki rodak - Jan Czerski.
Ten dziś zapomniany i niedoceniany w ojczyźnie człowiek, prowadził pionierskie, rozległe badania Syberii w zakresie geologii, paleontologii i geografii. Czerski zapoczątkował ewolucyjny kierunek badań w geomorfologii, opracował pierwszą mapę geologiczną wybrzeża Jeziora Bajkał. Nie udało mu się zakończyć swojej ostatniej wyprawy naukowej w dorzecza rzek: Jany, Indigirki i Kołymy, zmarł 25 czerwca 1892 roku w miejscu, gdzie do Kołymy wpada rzeka Prowie. Pochowany został na 30 kilometrze poniżej miejsca śmierci na trawersie wpadającej do Kołymy rzeki Omołon - tam właśnie nasza ekspedycja zamierzała dotrzeć.
W dole ostro majaczą łańcuchy gór zakrzepłe w lód, niedostępne i wyniosłe. Mrozy rzeźbią niespokojny krajobraz lodowych osuwisk i rozczepionych skał, przypominając wyglądem powierzchnię księżyca. Przełęczy jest wiele. Prawie wszystkie bezimienne. Dla człowieka obytego z Tatrami, gdzie każdy żleb ma swoja nazwę, wydaje się to dziwne. Lecz kiedy człowiek przypomni sobie, że na Syberii jeszcze osiemdziesiąt lat temu odkrywano góry nie mniejsze od Alp, zapomina się o swoich tatrzańskich mądrościach. Delektujemy się roztaczającym się wokół widokiem. Nasi skośnoocy w większości towarzysze podroży nie mają zbyt rozwiniętego zmysłu równowagi. Męczą się i często korzystają z papierowych toreb. Patrząc więc na piękne góry nie zawsze odczuwaliśmy tylko piękno krajobrazu...
Kiedy pierwszy raz przeczytałem biografię Czerskiego przesunęło się przede mną życie człowieka, życie surowe, męczeńskie, smutnie zakończone. Zresztą nie tylko to jedno życie - cała historia Syberii i Jakucji jest ściśle związana z Polską i Polakami, aby to zrozumieć trzeba mocno cofnąć się w czasie: Pierwsi Polacy jacy się tu dostali, byli jeńcami wojennymi siłą wcieleni do kozackich oddziałów. Podbijały one Syberię w końcu XVII wieku. Tragiczne polskie losy datują się więc na tej ziemi od bardzo dawna. Gnano tu konfederatów barskich, powstańców kościuszkowskich, żołnierzy napoleońskich, wreszcie powstańców z czasów nocy listopadowej i powstania styczniowego. Wleczono tu ludzi skazanych na katorgę i przymusowe osiedlenie. W latach dwudziestych i czterdziestych ubiegłego wieku miała miejsce najbardziej liczna zsyłka w imię ideologii niszczenia Polaków, polskiej państwowości i kultury. Jakucja za cara uważana była za więzienie bez murów, a po rewolucji komuniści zamienili ją na więzienie z kratami. Tak więc związek Polaków z Jakucją trwa nierozłącznie od XVII wieku. To fascynująca historia ludzi, którzy walcząc o swoją wolność zapłacili zsyłką. Choć nie wolni, pozostawili tu dorobek w wielu dziedzinach: historii, kultury i gospodarki. Rodzi się refleksja, że temat ten ciągle czeka jeszcze na rzetelne obszerne opracowanie, bo wiedza o naszych polskich zesłańcach jest w kraju nad Wisłą znikoma. Tymczasem sami Jakuci mają świadomość olbrzymich osiągnięć naszych naukowców. Kiedy przed dziesięciu laty uchwalano deklarację suwerenności Jakucji, podstawowymi materiałami stały się opracowania polskich zesłańców. Odtwarzanie języka jakuckiego jest dziś możliwe dzięki słownikowi Edwarda Piekarskiego, odbudowa kultury, obyczajów i wierzeń znalazła fundament w pracy wybitnego etnografa Wacława Sieroszewskiego. Można zatem śmiało mówić o ścisłych związkach polsko - jakuckich. W tym momencie trzeba przyznać, że Jakucja jak i inne syberyjskie krainy nie była dla naszych zesłańców jedynie miejscem katorgi i przekleństwem losu. Polacy nie tylko tu cierpieli, ale wrastając w te ziemię obdarzyli ją niezwykłą pasją badawczą, a mieszkańcom przekazali umiejętność dobrego gospodarowania i serdeczność. Tu żenili się z Jakutkami, zakładali rodziny, przez dziesięciolecia i wieki całe wiązali się z Jakucją, swoją drugą ojczyzną. Syberia ma wielu takich bohaterów. Już na podstawie pierwszych kontaktów z mieszkańcami tej krainy stwierdziliśmy, że Jakuci wiele o nas wiedzą, a gdyby nas spytać o nich, o ich kraj?
Lecimy na północ nad samym sercem górzystej Syberii, pociętej sznurami rzek, pokrytej dywanem śniegu. Chwilami spod skrzydła wyrastały kręte, ciągnące się kilometrami ponure wąwozy, czasami skaliste wzgórza zbiegały się w skupiska, tworząc olbrzymie tarasy, jakby prawdziwe amfiteatry. Wreszcie samolot podchodzi do lądowania, pilot informuje pasażerów o temperaturze na lotnisku - jest - 48° C!
Wreszcie na ziemi. Samolot kołuje pod barak spełniający role dworca lotniczego. Po chwiejnym trapie schodzimy na płytę lotniska. Niebo zasnute jest rdzawo-burymi chmurami, które na północy opadają do samej ziemi, stają się wszędobylską, mroźną mgłą, łzawiącą oczy, wywołującą ostry, bolesny kaszel. Dopiero teraz ze zdziwieniem uświadomiliśmy sobie, że samolot zamiast na pasie startowym, wylądował na zamarzniętej rzece... Cóż, to rosyjscy piloci północy, jest pewne, że to właśnie oni są tym ostatnim ogniwem w łańcuchu transportowym...
Przed nami pasiołek Czerskij* - wkoło widok raczej ponury. Wszędzie widoczne jeszcze symbole minionego czasu. Obskurne bloki, nie widać żadnej typowej dla Syberii drewnianej chaty. Czerskij, kiedyś zamknięta zona,* teraz niby otwarta, ale na pobyt tutaj trzeba posiadać specjalne zezwolenie - my takiego nie posiadamy. Z resztą zezwolenie, zezwoleniem, na tym się sprawa nie kończy, można nie wysiąść z samolotu, gdyż to miejscowe władze, a nie stolica republiki oceniają cel twojego przyjazdu. Dla nas najlepszą wizą i przepustką zarazem okazał się nasz cenny bagaż, a w nim ciężka, wykonana z brązu dwudziestokilogramowa tablica, z inskrypcją:
"Wielkiemu polskiemu uczonemu Janowi Czerskiemu w 110 rocznicę jego śmierci - Rodacy"
- Aaa, dla Czerskiego, na jego mogiłę - z uznaniem kiwali głowami wojskowi oglądając
tablicę i z miejsca o fakcie powiadomili miejscowe władze.
Po pasiołku rychło wieść się rozniosła, że oficjalna delegacja państwowa przybyła z dalekiej Polski... W kilka chwil później siedzieliśmy już w samochodzie, który wiózł nas do Głowy Administracji Aleksandra Nikołajewicza. Jak spod ziemi wyrastały kolejne postacie: szwadron zastępców Głowy Administracji, przedstawiciele jakiegoś tam ministra, specjaliści od kultury narodów północy, przybył też, a jakże Aleksej Dmitriewicz miejscowy dziennikarz. Błyskały flesze, radości nie było końca. Odnosiliśmy wrażenie jakbyśmy wszyscy od dawna się znali, a wizyta nasza planowana była na długo przed naszym przybyciem. Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy, myśleliśmy, że od początku do końca będziemy zdani tylko na siebie, a tu proszę, przyjęto nas więcej niż z honorami. Za co? Za to, że przybyliśmy z tak daleka, żeby oddać cześć ich wielkiemu bohaterowi, wręcz świętemu, którego oddalona stąd o 180 km mogiła jest najważniejszym miejscem w całej okolicy. Tego wieczoru siedząc w cieple hotelowego pokoju, długo nie mogliśmy dojść do siebie - byliśmy po prostu w szoku.
Nazajutrz, wcześnie rano przyszła po nas Pelagia Nikołajewna - wysokiej klasy specjalistka od kultury i historii narodów północy - dzisiaj rano pracujemy razem - rozkazała raczej niż oznajmiła i zaprowadziła nas do muzeum im. Jana Czerskiego w całości jemu poświeconemu. Tu czekała na nas kolejna dama, która niewzruszenie przez dwie godziny opowiadała o życiu, pracy i twórczości Jana Czerskiego. O ile opowieść pani o Czerskim była nam już znana, a co za tym idzie jakby monotonna, to pamiątki po uczonym jakie zobaczyliśmy w muzeum w pełni zrekompensowały nam poranny nużący wykład. Nie mogliśmy wyjść z podziwu ile cennych pamiątek po Czerskim tu nagromadzono.
Wreszcie uwolniliśmy się od skośnookiej Pelagii Nikołajewny i jej prostookiej koleżanki, spakowaliśmy plecaki i jak na skrzydłach ruszyliśmy w kierunku zamarzniętej rzeki Kołymy, po której zamierzaliśmy dotrzeć do oddalonej o 180 km na południe miejscowości Kołymskoje, gdzie jak już się dowiedzieliśmy stał na mogile Czerskiego monument - cel naszej wyprawy.
Półmetrowy, zmarznięty na beton śnieg ściele się równo po rzece, ugina gałęzie nielicznych w okolicy drzew, pochyla, łamie i niszczy młode drzewka. Co roku z nastaniem zimy, mróz skuwa Syberię. Na północy płaszcz nocy polarnej okrywa tę krainę. Życie ukrywa się i zamiera. Nasilają się mrozy. Szaleją śnieżyce. Z ptaków od czasu do czasu zobaczyć można tylko starego samotnego kruka, który swym złowieszczym krakaniem wypełnia ciszę mroźnych przestrzeni. Na białej martwej płaszczyźnie panuje spokój. Wszystko dookoła jest nieruchome, jakieś nieludzkie, nieodwracalne, odwieczne. Na południu, gdzie zmierzamy śnieg jest jakby bielszy. Niebo nad nim wysokie i jasne, oczyszczone przez harcujący tam w górze wiatr. Od północy, czarny kołtun opada na surowe ponure zwały śniegu. Tu na dole ani odrobiny wiatru. Ale hen w górze wiatry ścierają się ze sobą. Jasno-niebieska połowa nieba styka się z czarną tuż nad naszymi głowami. Podczas, gdy oba wiatry walczą ze sobą, przedzieramy się przez tą nielitościwą, pokrytą lodem ziemię, od czasu do czasu przystając dla odpoczynku. Najbardziej daje się nam we znaki ciężar tablicy, którą na zmianę tachamy na plecach. Podróż w niskiej temperaturze nie tylko zaostrza apetyt, lecz także jeśli trwa długo otępia. Kiedy pod wieczór rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko, ciepło sprawiło, że w parę sekund wszystkim kiwały się głowy.
Podczas wyprawy trzeba odmówić sobie wszystkiego, bez czego można się obejść, a zarazem nie zapomnieć o jedynym drobiazgu, który w warunkach zimowej wędrówki może okazać się absolutnie niezbędny. My za wiele tego sprzętu nie posiadamy - zdajemy sobie z tego sprawę. Ale z drugiej strony, jeżeli zawiedzie nas kiedyś rozum, nie możemy liczyć, że sprzęt wyprawowy nam pomoże. Tak myśli młodzik. Stary wyga wie, że stwarza to tylko złudne poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak nabity pistolet schowany w kieszeni. Trzeba pozbyć się wszelkich złudzeń, można liczyć tylko na własną głowę i inteligencję. Na tym polega różnica pomiędzy filmowanymi ekspedycjami, a prawdziwymi wyprawami.
Noc spędzona w namiotach przy temperaturze poniżej 40°C okazała się nie tak straszna jak żeśmy się spodziewali. Choć jak jeden odczuliśmy ziąb promieniujący od lodu, wszyscy dzięki ciepłym puchowym śpiworom nadzwyczaj dobrze ją znieśli. O wiele gorsze było wstawanie. Byle do pierwszego słońca pocieszaliśmy się nawzajem. Na Syberii wszystkie zjawiska przyrody związane są z życiem nieba, prawie zawsze są bardzo piękne. Niewątpliwie przyczyną tego jest nieograniczona przestrzeń syberyjskiego nieba i bezkresne obszary tej krainy. Początkowo zorza jaśniała jednolitym półkolem, potem na jego krańcach zapalały się blaski. Stawały się coraz jaskrawsze, by niespodziewanie zgasnąć. Teraz tylko w jednym miejscu zorza błyszczała z poprzednią siłą. Właśnie tu powinien nastąpić wschód słońca. Po chwili miejsce to rozpaliło się do czerwoności, zdawało się jeszcze sekunda i usłyszymy ogłuszający wybuch i wtedy właśnie, jak gdyby rozładowując napięcie, nad horyzontem ukazała się oślepiająca biała tarcza słońca. Upłynęło jeszcze kilka minut i słońce zawisło nad śnieżną pustynią. Teraz miało już swój zwykły, roboczy wygląd.
Wysuszyliśmy śpiwory, zwinęliśmy namioty i po skromnym, lecz treściwym śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy teraz wzdłuż brzegu, pośród drzew pozbawionych wierzchołków - spaliły je mrozy. Gołe, sękate konary drapieżnie bodły niebo. Nawet wytrzymały modrzew nie może bezkarnie rosnąć za kołem podbiegunowym.
Około południa, hen daleko przed sobą, na bezkresnej bieli zauważyliśmy dwa ruchome czarne punkty. Zbliżały się do nas, po dłuższej chwili zostały już rozpoznane - w naszą stronę pędziły dwa psie zaprzęgi.
- Wy na mogiłę Iwana Czerskiego? Krzyczał z daleka jeden z mężczyzn nim zatrzymał psy.
- Jana, a nie Iwana - od razu ze śmiechem prostowaliśmy skośnookiego przybysza.
- Iwana, Iwana - Iwana Czerskiego upierał się odziany w skóry mężczyzna, nie rozumiejąc, że Iwan, to w tłumaczeniu na polski, po prostu Jan.
- Rano z Ułusu* przekazano nam radiostacją, że mamy was podwieźć do myśliwskiej izbuszki i dobrze nakarmić - siadajcie na sanie - no dawaj pajechali...
Nie powiem byśmy zbytnio oponowali. Byliśmy, co tu dużo ukrywać przemarznięci, a i ciężar metalowej tablicy dał się nam już solidnie we znaki. Po chwili mężczyźni krzyknęli na psy i ruszyliśmy w drogę. Sanie były dość prymitywnie wykonane z drewna modrzewiowego - drewno takie, podobno przez setki lat nie gnije. Na każdych z sań piętrzył się stos reniferowych skór, które doskonale amortyzowały wstrząsy wywołane jazdą - cóż za komfort!
Psy biegły raźno, czuły, że wracają do domu. Ich wytrzymałość przekracza to wszystko co można ogarnąć wyobraźnią. Potrafią przy czterdziestu stopniach mrozu jednorazowo przebiec ponad 40 km. Bez psów ludzie w tym rejonie skazani byliby na zagładę. Ciężko określić jaka to rasa - nie były to jednak niebieskookie huski - te jak nam później opowiadano, przywiezione tu kiedyś z Alaski, po kilku dniach prostu zdechły z zimna...
Pęd zimnego powietrza zapiera dech w piersi. Trzeba co chwilę ścierać lód z powiek. Mróz sam w sobie jest do zniesienia. Kiedy w powietrzu panuje spokój można śmiało egzystować nawet w temperaturze poniżej trzydziestu paru stopni, przyszczypnie ewentualnie policzek. Jednak kiedy przy marnych dwudziestu stopniach towarzyszy arktyczny wiatr, żaden rozsądny człowiek nie oddala się od swojego domostwa. Co innego Jakuci - biorąc pod uwagę, że ciężka zima trwa tu dziewięć miesięcy, dla nich to codzienność, my jednak byliśmy w tej chwili poddani ciężkiej próbie.
Kiedy sanie zatrzymały się przed prymitywną drewnianą chatą byliśmy tak skostnieli, że z ledwością zwlekliśmy się z sań. Nie trzeba było nas zapraszać do środka.
Jak przestronna wydaje się ta izbuszka*, jaka poczciwa, ciepła, przytulna, wręcz macierzyńska i wesoła, a nawet piękna z pniakami drzew ułożonymi tak ściśle koło siebie, że nie widać nawet skrawka gruntu. W pomieszczeniu panował delikatnie mówiąc lekki bałagan. Pełno tu było różnorakiego sprzętu: łopaty, kilofy, karabiny, sidła, sieci i wiele innych rzeczy, których zastosowania mogliśmy się tylko domyślać. Nie było to jednak w tym momencie ważne - ważne było, że w chacie było ciepło, wręcz gorąco.
Nasi gospodarze, jak się okazało Jukagirzy, pracowali w sowchozie łowieckim. Całą zimę polują w tundrze, latem zaś łowią ryby. Żyją chwilą obecna, nigdy nie robią zapasów i nie trapią się o przyszłość. Mogliśmy sobie tylko wyobrazić jak wygląda ich praca. Żaden biały nigdy by nie polował w taki mróz. To urodzeni myśliwi, potrafili wytropić każdego zwierza, byle trafili na ślad, trzymali się go, dopóki nie dognali i nie upolowali zwierzyny.
Na kolacje dostaliśmy "struganinę" - surową, pokrojoną w cienkie paski mrożoną rybę. Danie to swym wyglądem do złudzenia przypominało boczek, ryba bowiem była pokrojona wraz z wnętrznościami i była tłusta jak prawdziwa słonina. To z jesiennego połowu - wyjaśniali gospodarze - ryba żerowała całe lato i dlatego jest tak tłusta. "Struganina" jest w tych stronach podstawowym składnikiem żywienia. Tu na północy Syberii jedzą ją bez wyjątku wszyscy - dorośli, a nawet niemowlaki. Surowe mięso ryby zawiera bowiem wszystkie składniki mineralne i witaminy niezbędne dla organizmu. Podobno kiedy po posiłku składającym się z mrożonej ryby napije się gorącej herbaty nowe siły wstępują w człowieka.
Noc spędziliśmy w chacie, gotując się wręcz, w grubych, puchowych śpiworach. Rano kiedy ruszaliśmy dalej Jukagirzy dali nam na drogę spory zapas żywności - metrowej długości rybę...
Dmie lekki wiaterek, ostry jak kolce jeża, niedostatecznie silny, żeby spowodować zamieć, dość jednak silny, żeby przenikać przez nasze ubranie i dokuczliwie szczypać w policzki, kiedy zwróci się do niego twarzą. Z trudem, ale maszerujemy dzielnie do przodu. Wkoło jak okiem sięgnąć biała pustynia, tylko na oddalonych brzegach rzeki widać pojedyncze skarlałe drzewa. Po kilku godzinach marszu z niecierpliwością patrzymy przed siebie. Według posiadanej przez nas mapy niedaleko powinna znajdować się wioska Ermołowo. Każdy z nas w duchu marzy już o cieple chaty. Niestety przed nami widać śnieżną biel, tylko biel i biel. Późnym popołudniem zrozumieliśmy, że do wioski dziś nie zdołamy dojść, korzystając więc jeszcze ze światła dziennego skierowaliśmy się w kierunku brzegu rzeki. Ledwo zdążyliśmy rozbić namioty i rozpalić ognisko, a już na horyzoncie ścielił się czerwony rąbek zachodzącego słońca. Momentalnie spadła temperatura. Termometr nie określał już temperatury, jego wskazówka zatrzymała się na końcu skali - było więc poniżej 50 °C! Zdaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji i czym prędzej biegiem po zapasy drewna. Po godzinie w pobliżu namiotów paliły się już trzy ogniska, a my niczym pingwiny stłoczeni staliśmy pomiędzy nimi.
Późno wieczorem na niebie pojawiło się nieśmiałe lśnienie. Zapalały się pierwsze wstęgi zorzy polarnej. To niezwykle widowiskowe zjawisko. Początkowo święciły blado i nieśmiało, później światło ich się wzmogło, by wreszcie ruszyć w szalonym tańcu po niebie. Barwne smugi, przesuwały się szybko od południowego wschodu na południowy zachód i tam wybuchały z nową siłą. Zatrzymywały się, jakby znieruchomiały z wysiłku i ponownie pomykały nad nami, falowały, znikały znów się ukazywały. Najpierw białe, później różowe, zielone frędzle, grzywy i koronki. Cieszyliśmy się jak dzieci pokazując sobie nawzajem coraz to nowe iluminacje. Zorza polarna jest charakterystyczna dla obszarów arktycznych. Jest spowodowana bombardowaniem atomów i cząsteczek protonami i elektronami wysyłanymi przez Słońce. Wzbudzane elektronami atomy emitują światło w charakterystycznych barwnych łukach.
Nazajutrz rano czekała na nas niespodzianka. Właśnie szykowaliśmy się do drogi, kiedy w oddali usłyszeliśmy warkot silników. Po zamarzniętej rzece w naszym kierunku jechały dwa skutery śnieżne, każdy z nich ciągnął za sobą okazałe sanie. Kiedy się zbliżyły do nas zobaczyliśmy dwie, otulone w czapy, roześmiane jakuckie twarze.
- Gdzie wy się długo podziewacie - zapytał jeden z nich.
- Dalej siadajcie cała wieś na was czeka, martwią się czy aby nie zamarzliście po drodze.
Przywiązaliśmy nasz dobytek do sań, nakryliśmy się leżącymi na saniach skórami i hej przed siebie, teraz już prosto do celu. Po około godzinnej jeździe zatrzymaliśmy się na krótką przerwę. Jakuci dobyli wódkę i jakieś mięsiwo na zakąskę. - Taki tu obyczaj - powiadają - gdzie jesteś pierwszy raz musisz się wódki napić, a jak jest ogień, to obowiązkowo go pokarmić. Jak trza, to trza, nie oponowaliśmy i wypiliśmy po porządnym stakanie. Wódka miała smak benzyny, ale prawda jest, że momentalnie nas rozgrzała. Teraz dopiero dowiedzieliśmy się, że do wioski Ermołowo nigdy byśmy nie dotarli - wsi tej, jak i pozostałych, które z całą powaga są jeszcze na mapie po prostu już nie ma... Tak więc pomiędzy Czerskij, a Kołymskoje jest tylko po prostu tylko głusza.
Do wsi wjechaliśmy triumfalnie, niczym rycerze powracający z dalekiej wyprawy. Ludzie przystawali i przyjaźnie nam kiwali. Oszczekały nas również wszystkie okoliczne psy. Zatrzymaliśmy się dopiero przy miejscowej szkole, w pobliżu której ujrzeliśmy cel naszej długiej podróży - mogiłę Jana Czerskiego oraz stojący na niej wysoki obelisk.
Po chwili z budynku szkoły wysypał się komitet powitalny, składający się z Głowy Administracji, dyrektorki, wszystkich nauczycieli i co ważniejszych postaci życia codziennego pasiołka Kołymskoje.
- Witamy na kołymskiej ziemi - przywitała nas Głowa Chałarczyńskiej Administracji Okoniesznikowa Tatiana Wiktorowna.
- Martwiliśmy się o Was, bo zima straszna, a wy nie przywykli, dlatego wysłaliśmy wam naprzeciw sanie. Nie tylko my się o was troszczymy, z Czerskiego też co chwila pytają, czy już dotarliście. Zapraszamy do środka, trzeba koniecznie napić się gorącej herbaty.
Kiedy weszliśmy do jednaj z klas ukazał się nam zapierający dech widok. Na całej długości sali ustawiono nakryty stół, jakie zwykle widuje się na weselnych przyjęciach. W rogu klasy stali ubrani w narodowe stroje uczniowie, którzy wręczyli nam ozdobne laurki, wykonane ze skóry renifera. Nie było kwiatów, gdyż te są do nabycia dopiero 3000 km stąd - w Jakucku... Wszystko co działo się wokół nas miało bardzo uroczysty charakter, wątpię czy jakakolwiek głowa państwa byłaby dostojniej przyjęta. Kiedy usiedliśmy za stołem, rozpoczęła się oficjalna uroczystość:
- Dzisiaj w Kołymskoje jest wielki historyczny dzień... - rozpoczęła przemówienie Głowa Administracji - ... z dalekiej Polski przybyła do nas delegacja, aby oddać hołd naszemu wielkiemu Iwanowi Diementiewiczowi Czerskiemu, nasi bohaterowie, których tu widzicie, nie bacząc na trudy przywieźli z sobą wielką, ciężką tablice upamietniajacą...
Przemówienie trwało dobre 15 min. W tym czasie wszystkie oczy były skierowane w naszą stronę. Było nam trochę głupio, bo naprawdę przeceniano nas, nie mówiąc już o naszych rzekomych trudach. Następnie głos zabrała dyrektorka szkoły i jeszcze jakaś Pani, która wielokrotnie podkreślała, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy odwiedzają mogiłę Czerskiego. Później ubrane w narodowe stroje dzieci śpiewały pieśni o Czerskim i recytowały poświęcone mu wiersze. Wiersze i piosenki były bardzo dziękczynne - dzieci dziękowały Czerskiemu m.in. za to, że mają ciepło w domu, gdyż Czerski pokazał im węgiel...
Następnie każdy z nas z osobna podziękował za miłe, niespodziewane przyjęcie i rozpoczęła się iście królewska biesiada. Na stole było wszystko, co ma do zaoferowania tajga, rzeka i tundra. Były również miejscowe napitki, zwane przez nas w zależności od smaku, "benzyną" lub "woda mineralną". Jeszcze tego wieczoru omówiliśmy sprawę przytwierdzenia przywiezionej przez nas tablicy do stojącego na mogile monumentu. Sprawa była delikatna i początkowo Głowa Administracji wzbraniała się od pomysłu umieszczania tablicy na bądź co bądź historycznym pomniku. Nie było jednak w okolicy innego równie godnego miejsca. Po długim namyśle wyrażono wreszcie zgodę, wzięto przy tym pod uwagę doniosłość historyczną chwili, nasz trud oraz fakt, iż w uroczystościach mieli wziąć udział wszyscy mieszkańcy Kołymskoje. Późnym wieczorem rozlokowano nas po chatach, abyśmy dobrze wypoczęli przed jutrzejszymi uroczystościami.
Kiedy 1 lipca 1892 roku Maria Pawłowna Czerska wraz z 12-letnim synem Aleksandrem urządziła pogrzeb Janowi Czerskiemu, stała tu tylko jedna chata - zapewne zwykła zimownia*. Taki stan trwał długie lata. Dopiero w 1941 roku, biorąc pod uwagę doniosłość miejsca postanowiono zbudować tu wieś, która nazwano Kołymskoje. Mieszkało tu wówczas ok. 1000 ludzi. Dziś Kołymskoje liczy niewiele ponad 400 osób, którzy tak właściwie mieszkają tu i nie, bo to w większości pasterze reniferów i myśliwi, którzy raz są, innym razem przez długie miesiące przebywają gdzieś daleko w bezkresnej tundrze. Reprezentują 13 spokrewnionych ze sobą narodowości. Kołymskoje jest jedyną osadą w Jakucji, w której zamieszkują Czukcze.
Od samego początku miejsce pochówku Czerskiego obdarzano specjalną czcią. Przez długie lata stał tu prosty grób, później zabudowano go drewnem na wzór grobowca. Dopiero w 1947 roku (a nie w 1941 jak podają oficjalnie biografowie) z inicjatywy obieżyświata, podróżnika A.E. Lelikowa, pełniącego funkcję Naczelnika Kołymsko-Indygirskiego Towarzystwa Żeglugowego, postawiono na grobie Jana Czerskiego monument stojący do dziś. Na pomniku umieszczono tablice w języku rosyjskim i polskim : Wydajuszczemusja issledowatielju Sibiri, Kołymy, Indygirki i Jany gieologu i gieografu Iwanowi Diementiewiczowi Czerskomu (1845-1892g.) od błogodarnych potomków".
W tłumaczeniu brzmi to tak: - "Wybitnemu badaczowi Syberii, Kołymy, Indygirki i Jany, geologowi i geografowi Iwanowi Diementiewiczowi Czerskiemu wdzięczni potomkowie". Inteligentnej treści podpisu - "wdzięczni potomkowie", a nie rodacy, nie można nic zarzucić.
Napis na tablicy w języku polskim jest krótszy, ale również wymowny: "I.D. Czerski od wdzięcznych potomków" . Mitem okazała się rozpowszechniana przez biografów wiadomość jakoby w 1963 roku, w setną rocznicę powstania styczniowego, tablice tej treści zamieściła tu delegacja z Polski. Obie tablice zostały zaprojektowane i wykonane w jednym czasie i zamieszczone na monumencie w 1947 roku. Tak więc po 110 latach od śmierci Jana Czerskiego, byliśmy pierwszymi Polakami, którzy z Polski dotarli do jego grobu nad daleką Kołymą.
Od rana jesteśmy podekscytowani. Wreszcie po wielu miesiącach przygotowań i trudach podróży nastał dzień, kiedy zrealizujemy postawione sobie zadanie. Przymierzamy przywiezioną przez nas z Polski tablicę, pasuje jak ulał, jakbyśmy wcześniej brali miarę - nic dodać, nic ująć. Wiertła w ruch i po niespełna godzinie, przymocowana do monumentu tablica błyszczy w promieniach wschodzącego dopiero słońca. Tym bardziej jesteśmy zadowoleni, że zamocowana jest frontem do Kołymy, rzeki dla której, patetycznie ujmując, Czerski oddał swoje życie.
Mimowolnie nasuwa się zaduma nad jego życiem, pracą i smutnym epilogiem:
Jan Czerski był synem właściciela majątku Swołna koło Witebska. Wcześnie stracił ojca, ale że majątek był duży, matka nie miała kłopotów z wychowaniem dzieci. Dbała, aby on i jego starsza siostra mieli dobrych nauczycieli francuskiego, muzyki i tańca. Średnia szkoła (Carski Instytut Szlachecki) w Wilnie kształcił Jana Czerskiego na bywalca salonów. Powstanie z 1863r., zwane styczniowym, zawarzyło na losach tysięcy młodych wartościowych Polaków. Jan Stanisław Franciszek Czerski, niespełna 18-letni uczeń, jak większość młodzieży szlachecko-ziemiańskiej natychmiast do niego przystąpił. Już 28 kwietnia tegoż roku, po jednej przegranej potyczce z wojskami carskimi, trafił do niewoli, a 7 lipca, z wyrokiem 6 lat przymusowej służby w wojsku wyruszył na Syberie, do Omska, w celu odbycia kary. W liczącym wówczas 20 tys. mieszkańców Omsku żyło już wielu Polaków, podobnie jak Czerski zesłanych tu za udział w powstaniu, a także inteligencji rosyjskiej, deportowanej za różne przewinienia. Przeciwko caratowi. Dobrze wychowany, znający biegle francuski i niemiecki młody Czerski był mile widziany w tzw. Towarzystwie. Mimo to źle znosił zesłanie. Załamania psychiczne osłabiły jego kondycję, trafił do szpitala. Ucieczką od przygnębiającej rzeczywistości były książki i samodzielna nauka. Interesowały go głównie takie nauki jak zoologia, geologia i paleontologia, ale też geografia i astronomia. W Omsku zaprzyjaźnił się z wybitnym rosyjskim geografem i geologiem Gieorgiem Nikołajewiczem Potaninem, także zesłańcem. Pod jego kierunkiem odbył pierwsze badania geologiczne okolic Omska. Później, mieszkając już w Irkucku współpracował z takimi sławami jak geolog i geograf Aleksander Czekanowski oraz zoolog Benedykt Dybowski. Mimo, że był samoukiem, rychło stał się uznanym odkrywcą i cenionym naukowcem. Opracował pierwszą geologiczną mapę wybrzeża Bajkału. Za wyjaśnienie genezy jeziora Bajkał i przedstawienie budowy geologicznej wschodniej Syberii otrzymał złoty medal Cesarskiej Akademii nauk w Petersburgu.
W Irkucku Czerski zachorował. Lekarze przepisali mu wyjazd do Europy... Najpierw jednak musiał załatwić policyjną zgodę na podróż. Lecz nawet, gdy otrzymał zezwolenie na wyjazd do Petersburga, nie miał środków na opłacenie kosztów podróży. Wbrew wszystkiemu wyruszył w swoją kolejną wyprawę - jej owocem było opisanie budowy geologicznej ziem wzdłuż syberyjskiego traktu. Na wpół sparaliżowany badacz klasyfikował gleby i kamienie, które ze stoków mijanych wzgórz i gór przynosiła mu żona. Tak otrzymane dane nanosił na mapę.
W Petersburgu Czerski pracował jako paleontolog w Akademii Nauk. Opisał i posegregował
setki tysięcy kości zwierząt kopalnych. Kiedy trochę się podleczył dowiedział się, że Akademia Nauk postanowiła zorganizować wyprawę badawczą na północny-wschód Syberii. Czerski tak długo koło tej sprawy dreptał, aż załatwił, iż jemu tę ekspedycję powierzono.
Wyjechał z żoną i 12 letnim synem Aleksandrem. Trasa wiodła z Petersburga przez Moskwę, Omsk, Irkuck do Jakucka. Droga z Jakucka nad Kołymę (na koniach) zabrała 76 dni. Była ona bardzo ciężka. Konie i renifery z trudem przeniosły bagaż przez cztery łańcuchy górskie m.in. część obecnych Gór Czerskiego. Nocowali w "powarach" chłodnych izdebkach rozrzuconych w tajdze. Pod koniec sierpnia w 1891 ekspedycja dotarła do Wierchniekołymska. Zastali tu starą cerkiewkę oraz kilka jurt bez dachów. Zima przeszła na porządkowaniu notatek z podróży. Trwały przygotowania do spływu w dół Kołymy. Przez zimę stan zdrowia Czerskiego się pogorszył - cierpiał na serce, miał ataki duszności. Czerski jednak na to nie zważał.
W dniu 31 maja 1892 roku łodzie popłynęły w dół rzeki. Czerski nie miał złudzeń - ludziom, którzy go żegnali mówił:
- W najlepszym wypadku mogę pociągnąć trzy tygodnie... pomylił się tylko o cztery dni. Zmarł 25 czerwca o godz. 22.10 w miejscu, gdzie do Kołymy wpada rzeka Prowie. Pochowany został na 30 kilometrze poniżej miejsca śmierci, w uroczysku Omołon, na którym dziś stoi wioska Kołymskoje.
W sobotę 25 stycznia 2003` o godz. 13.30 przy grobie Jana Czerskiego w miejscowości Kołymskoje na dalekiej Syberii, zebrał się tłum ludzi reprezentujący czternaście narodowości. Odsłonięcie tablicy z Polski, przymocowanej do obelisku, zmieniło się w wielkie święto, w którym uczestniczyli wszyscy mieszkańcy Kołymskoje i okolicy. Niektórzy przybyli tu z bardzo daleka. Dopiero teraz do nas dotarło, że Czerski jest tu czczony niczym święty, a jego grób jest najważniejszym miejscem w okolicy, swoistym miejscem kultu. Przemówiła Głowa Administracji, przemówiłem ja, miejscowa szamanka rozpaliła ogień i nucąc jakąś pieśń wzywała na uroczystość wszystkie dobre duchy tundry. Później zapadła krótka cisza i spadła zasłona zakrywająca tablicę. Rozległy się oklaski i na Kołymę "spojrzała" tablica, a na niej napis: "Wielkiemu polskiemu uczonemu Janowi Czerskiemu w 110 rocznicę śmierci - Rodacy"
Później, jak to bywa w takich przypadkach, odbyła się uroczysta kolacja, były występy miejscowych artystów, tańce i śpiewy. Nie byliśmy gorsi - zagrałem na pianinie krakowiaka, a uczestnicy wyprawy zatańczyli go z przytupem. Podczas naszego występu na skośnookich twarzach malowało się zrozumienie...
Nazajutrz, ze świadomością wypełnionej misji, skuterami śnieżnymi pojechaliśmy daleko w tundrę, aby przypatrzyć się pracy i życiu hodowców reniferów. Siedzieliśmy z pasterzami w jurcie, jedliśmy mózg renifera zmieszany ze świeżą krwią. Później włóczyliśmy się, podziwiając piękno Kołymy i okolicy. Spaliśmy w miejscach, które przez większość dziejów ludzkości pozostawały poza zasięgiem człowieczej wyobraźni. Przemierzyliśmy parę setek kilometrów, odwiedziliśmy też starą zapomnianą, kozacką wieś. Gościliśmy w domach, jurtach, "bałaganach"*, wszędzie przyjmowano nas z wielkim szacunkiem i gościnnością. Dziś wiemy, że ludzie tam żyjący nie mają odpowiedników w naszym świecie.

Uczestnicy wyprawy:
Koperski Romuald - kierownik wyprawy
Spandowski Krzysztof
Chodorowski Jacek
Pilorz Marian
Derdzikowski Krzysztof

Romuald Koperski

dodal: cejot (7 stycznia 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony