Wiceprezes w samotnej akcji

Pod klubową flagą. "Witek" w poprzek Ameryki!

"Witek" w poprzek Ameryki

11 lipca z dworca PKP w Oliwie na dwumiesięczną, samotną wyprawę przez Amerykę Południową, organizowaną pod patronatem Polskiego Klubu Przygody i miesięcznika "Poznaj Świat", wyruszył do Chile Michał Witkiewicz (wiceprezes naszego klubu). Trasa "Transamerica Expedition 2004" została tak dobrana, aby dotrzeć do miejsc skrajnie różnych pod względem morfologicznym. Michał rozpocznie ją u brzegów Oceanu Spokojnego, skąd przez słabo zaludnione tereny Kordyliery Nadbrzeżnej, pasmo Andów i Wyżynę Patagońską dotrze aż do argentyńskich wybrzeży Oceanu Atlantyckiego.
Na uwagę zasługuje niekonwencjonalny sposób przemieszczania się. "Witek" chce bowiem w całości pokonać liczącą blisko 1500 kilometrów trasę na piechotę, a odcinki rzeczne - spływając pontonem. Dużym utrudnieniem będzie zima panująca na tych szerokościach geograficznych. Podróżnik będzie się więc musiał zmagać z ujemnymi temperaturami spadającymi niekiedy w Andach poniżej minus 30 stopni Celsjusza, a także pokrywą śnieżną.
Szukajcie tu relacji z trasy, które miarę możności Michał będzie nam przesyłał. O przebiegu wyprawy będzie pisać też "Poznaj Świat" a także Onet.pl.
Michał, trzymaj się!!!
cejot
* * * * *
15 lipca
Napisałem kiedyś, ze w każdym z nas jest taka siła, która wyzwala chęć poznawania czegoś niezwykłego, dalekiego, tajemniczego. W moim przypadku ta siła wywołała pasję podróżowania. Przez kilkanaście lat, przy okazji różnych eskapad, udało mi się odwiedzić kilkadziesiąt państw świata. Jednak jeszcze nigdy nie dotarłem na kontynent południowoamerykański. W końcu, z miesiąca na miesiąc, moje marzenia dotyczące wędrówki na ten kontynent stawały się coraz bardziej realne. Nim się obejrzałem, pozostały mi zaledwie dwa tygodnie do wylotu. Czas ten wypełniły mi w całości przygotowania do wędrówki. Zakup niezbędnego sprzętu, załatwianie formalności, wreszcie pakowanie. Z tą ostatnią czynnością miałem zdecydowanie najwięcej problemów...
Niedzielny poranek 11 lipca przywitał mnie słońcem. Jednak temperatura za oknem bardziej przypominała wiosnę aniżeli lato. Na oliwskim dworcu kolejowym
zebrali się najbliżsi aby mnie pożegnać. Dopiero ta chwila uświadomiła mi, że nie będę sam podczas mej wędrówki. Podróż do Warszawy minęła nadzwyczaj szybko. Na lotnisku Okęcie natrafiłem na przemiłą kobietę, która przymknęła oko na mój nadbagaż. Wreszcie mogłem więc w spokoju zasiąść w fotelu samolotu lecącego do Frankfurtu. Doleciawszy tam nawet dobrze nie rozejrzałem się po lotnisku, gdy byłem już na pokładzie Airbusa. Moim towarzyszem podróży okazał się brytyjski Żyd, któremu, jak mało której osobie, udało się mnie przegadać.
Świt przywitał mnie w Buenos Aires. Miasto z góry zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Setki tysięcy świateł i ogromna La Plata. Postój na lotnisku ograniczył się w zasadzie tylko do zatankowania paliwa. Do Santiago pozostały zaledwie dwie godziny. Dzięki bardzo dobrej widoczności resztę lotu spędziłem więc na rozkoszowaniu się widokami.
Niestety, po drugiej stronie Andów pogoda zdecydowanie się pogorszyła. Stolica Chile przywitała mnie chmurami i chłodem. Nie zdziwiłem się jednak zbytnio. W końcu na tej półkuli jest teraz zima. Po zakwaterowaniu się w hotelu, postanowiłem wyruszyć na miasto. Dość szybko zorientowałem się w układzie głównych ulic. Historyczne centrum stolicy wyznacza Plaza de Armas, przy którym znajduje się katedra. Większość budynków z czasów kolonialnych zastąpiły w ostatnich latach nowe biurowce, toteż w układzie miasta widać dość duży chaos. Ten nieporządek rekompensuje jednak widok ze wzgórza San Cristobal, na które można się dostać kolejką.
Kolejny dzień przynosi załamanie pogody. Cały czas leje i do tego temperatura nadal nie przekracza 10 stopni. Przy takiej pogodzie zwiedzanie mija się z celem. Dlatego też postanawiam poczynić niezbędne
zakupy przed wędrówką. Wielkim problemem okazuje się zdobycie tu naboi z gazem. W końcu udaje się.
Ze względu na pogodę postanawiam wydłużyć o jeden dzień mój pobyt w stolicy. Dzięki temu mogę pozwolić sobie na poszukiwanie dokładniejszych map terenu. Jakie jest moje zdziwienie, gdy w głównym biurze informacji turystycznej Chile kobieta informuje mnie, że ona nie widziała jeszcze tak dokładnych map jakie... ja posiadam! Cóż, pozostaje mi pozostać przy tym, co mam. Czas pokaże, czy to wystarczy...
· (Za półtorej godziny wyjeżdżam z Santiago do Constitucion. Nie wiem kiedy teraz będę mieć dostęp do Internetu.)


22 lipca
Pobyt w Santiago nie trwał zbyt długo. Jednak nie to było przecież celem mojej wyprawy. Następnego dnia mknę wiec pociągiem na południe, nad Pacyfik, do Constitucion. Za oknem majaczą w oddali ośnieżone szczyty Andów. To pierwszy dzień podczas pobytu w Chile, gdy nie mogę narzekać na pogodę. Wagon wypełniony jest po brzegi matkami z małymi dziećmi. Prawie nie widać w nim mężczyzn. Maleństwa co rusz wymyślają nowe zabawy doprowadzając tym do furii jednego z podróżujących biznesmenów. W końcu nie wytrzymuje i przesiada się do innego wagonu. Mnie tymczasem czeka przesiadka. Ostatni etap pokonuję czymś przypominającym autobus szynowy. Stan techniczny tego pojazdu rekompensują jednak widoki za oknem. Najpierw są to co prawda olbrzymie plantacje winorośli, ale potem trasa wije się malowniczą doliną. Gdy docieram na miejsce jest już ciemno. Port to niewielkie nabrzeże ze skromnym budynkiem administracyjnym. Nawet nie ma za bardzo gdzie się tu rozbić. Dlatego też przechodzę jeszcze kilkaset metrów i rozbijam się pod skałami górującymi nad osadą. Niebo nade mną rozświetlają tysiące gwiazd. Do tego szum fal... Wprawia mnie to w błogi nastrój. Nic nie może trwać jednak wiecznie. Około północy w pobliskim tartaku... rozpoczynają
produkcje. Hałas psuje wszystko. W końcu jednak zasypiam.
Ze snu wyrywa mnie ujadanie psa, który nie wiedzieć czemu przyczepił się do mojej maty. Gdy jednak wygrzebuję się ze śpiwora aby go przepędzić, ten z piskiem ucieka gdzieś w dal. Dopiero świta. Po śniadaniu robię sobie pamiątkowe zdjęcia na tle oceanu. Nie robi on na mnie specjalnego wrażenia. Może poza tym, że jest tu strasznie zanieczyszczony. W końcu rozpoczynam wędrówkę! Zaraz za miasteczkiem przeprawiam się przez most na drugą stronę Rio Maule. To właśnie doliną tej rzeki będę podążać w kierunki Talca. Z początku idzie się dość przyjemnie. Z czasem daje jednak o sobie znać ciężar mojego plecaka. Po południu spotykam drwali, którzy karczują las na zboczu góry. Gdy dowiadują się, że jestem Polakiem, jeden z nich krzyczy: - Juan Pablo Segundo! Widać, że darzą papieża wielkim szacunkiem. Moja konwersacja z nimi nie trwa jednak zbyt długo. Idę dalej. Pod wieczór rozbijam obóz na niewielkiej półce skalnej. W dole wije się potężna i groźnie wyglądająca rzeka.
Kolejny dzień przynosi ponowne pogorszenie pogody. Na szczęście nie pada. Zaraz po wyruszeniu słyszę w oddali strzały. Po dłuższej chwili zza drzew wynurza się starszy mężczyzna ze strzelbą. Niestety, moja nikła znajomość hiszpańskiego powoduje, że nie dowiaduję się na co poluje. Wędrując dalej dochodzę do niewielkiej osady. Trzy rozsypujące się chaty wyglądają z pozoru na niezamieszkane. W oddali słychać jednak jakieś krzyki. Postanawiam, nie czekając na rozwój wydarzeń, iść dalej. Wieczór zastaje mnie na stromym zboczu górskim, porośniętym gęsto lasem. Z trudem udaje mi się znaleźć wolną przestrzeń na rozbicie namiotu. W nocy kilkakrotnie budzą mnie odgłosy ptaków, które żerują w pobliżu.
Rankiem budzi mnie słońce. Nade mną częściowo zamglone szczyty Kordyliery Nadbrzeżnej, a poniżej szumiąca Rio Maule. Po kilku godzinach cala dolina zasnuta jest już jednak groźnie wyglądającymi chmurami. Może oznaczać to tylko jedno. Będzie lać. Tak też się dzieje.
Pada aż do rana. Ulewa przynosi też zdecydowane ochłodzenie. Czas goni mnie jednak nieubłaganie. Trzeba iść dalej. Z każdym kilometrem stoki górskie staja się coraz bardziej łagodne. Z rzadka pojawiają się też pojedyncze chaty. Mieszkańcy okazują się bardzo życzliwie nastawieni. W jednej z wiosek dostaję na drogę kilka pomarańczy.
Pokonanie ostatnich kilometrów dzielących mnie od Talca zajmuje mi dwa dni. Przed miastem zalesione stoki ustępują stopniowo miejsca plantacjom winorośli. Z godziny na godzinę pada coraz mocniej. Wizja porządnego posiłku i spania jest jednak tak silna, że w strugach deszczu docieram późnym wieczorem do stolicy regionu Maule. Recepcjonistka w niewielkim hoteliku na mój widok robi wielkie oczy. Nigdy jeszcze bowiem nie nocował tu Europejczyk. Talca to kilkadziesiąt prostopadle przecinających się ulic. W ciągu dnia sprawia jednak wrażenie metropolii. Ulice zapełniają przekrzykujący się handlarze i przeciskający się między nimi ludzie. Widać, że to centrum handlowe całego rejonu. Można tu dostać dosłownie wszystko. W miejscowym sklepie znajduję na półce nawet butelkę polskiej wódki. Ja jednak zaopatruję się tylko w niezbędne zapasy żywności. Teraz bowiem czeka mnie najtrudniejszy etap. Przejście przez Andy... Jutro wyruszam dalej z buta w kierunku przełęczy Pehuenche
* (Właśnie oglądałem w internecie trójmiejskie gazety. Widziałem, że dzisiaj u Was ładnie przylało. Zupełnie jak u mnie wczoraj... Dzisiaj pogoda się poprawiła to i nastrój mam lepszy. Zresztą pierwszy raz od kilku dni porządnie sobie podjadłem - żadnych liofilizator! Andy pięknie majaczą się w oddali. Mam nadzieję, że tak będzie dalej, bo mam już trochę dosyć tych ciągłych deszczów. Jak tak dalej pójdzie to wszystkie zdjęcia będę mieć ciemne...)

31 lipca
* (Hej,
Niestety mozna powiedziec, ze gory mnie pokonaly... Wolalem nie ryzykowac przysypania sniegiem i zawrocilem. Szczegoly ponizej w relacji...
Pozdrawiam z Bariloche w Argentynie,
Michal)

"Rankiem, po wyslaniu kolejnej relacji do Polski, ruszam na wschod. Krajobraz za miastem stanowia olbrzymie plantacje winorosli. W koncu z uprawy tej rosliny, a raczej z wyrabianego z niej wina, slynie ten region. Ponownie zaczyna padac. Idzie sie coraz ciezej. Poznym popoludniem dochodze w okolice niewielkiego miasteczka San Clemente. Tu, po przejsciu przez ogrodzenie, na polu rozbijam namiot. Po chwili, pomimo ulewy, odwiedza mnie jeden z miejscowych pijaczkow w nadziei zdobycia paru groszy. Kilka ostrych slow skutecznie zniecheca go do dluzszej wizyty. Ta sytuacja powoduje jednak, ze w nocy, przy kazdym mocniejszym podmuchu wiatru, budze sie.
Pomimo padajacego deszczu z samego rana ruszam dalej. Po kilku godzinach deszcz ustaje. Dotychczas rowninny teren staje sie coraz bardziej pagorkowaty. Plantacje winorosli z czasem utepuja miejsca pastwiskom. Pod wieczor docieram w okolice zbiornika Colbun. Jestem wyczerpany. Spojrzawszy na mape okazuje sie, ze pokonalem tego dnia najdluszy jak dotychczas dystans - blisko 40 kilometrow.
Nastepnego dnia postanawiam pokonac podobny odcinek. Droga z poczatku biegnie wzdluz olbrzymiego zbiornika retencyjnego. Z czasem wkracza w doline dobrze mi juz znanej rzeki Maule. Ciezar plecaku daje o sobie znac. W koncu blisko 40 kilogramow to nie malo. Wieczorem docieram w okolice mostu przerzuconego przez rzeke. Tutaj staje kolejny oboz.
Z rana jakos nie chce wychodzic sie ze spiwora. Na dworzu jest pochmurno i mrozno. Dopiero okolo poludnia ruszam dalej. Po drodze mijam pojedyncze zabudowania rozrzucone wzdluz drogi. Prawie przed kazdym z nich widac bawiace sie male dzieci, ktore z zaciekawieniem przygladaja sie mojej osobie. Zaraz po rozbiciu namiotu zaczyna padac snieg.
Nad ranem prawie jednak nie widac skutkow nocnych opadow. Wkolo nadal jest zielono. Zza chnur wylaniaja sie osniezone szczyty. Niektore z nich osiagaja wysokosc 4000 metrow. Dalsza droga wije sie wzdluz rzeki. Z kazdym kilometrem dolina staje sie coraz wezsza.
Kolejny dzien przynosi zdecydowana poprawe pogody. Pomimo slonca temperatura jednak nie przekracza 0 stopni. Przed poludniem docieram do La Miny, gdzie znajduje sie punkt kontrolny. Carabineros niezbyt chetnie godza sie na moja wedrowke przez gory do Argentyny. Ostrzegaja mnie, ze niedawno zaginal tam czlowiek. Proponuja bym zostawil na posterunku plecak i rozejrzal sie po okolicy, a potem wracal w dol doliny. W pewnym momencie pojawia sie jeden z miejcowych zaintrygowany pojawieniem sie w malenkiej wiosce samotnego wedrowca. Z jego slow wynika, ze wyzej dolina zasypana jest kilkumetrowa warstwa swiezego sniegu i nie da sie przejsc. To ostatecznie wplywa na moja decyzje. Bez pozadnych rakiet snieznych i lacznosci wole nie ryzykowac. Postanawiam zawrocic. Szkoda, bo do przejscia pozostalo mi zaledwie kilkadziesiat kilometrow.
Los jest jednak dla mnie laskawy. Carbineros wieczorem zwoza mnie jeepem w dol doliny. Tym sposobem oszczedzam kilka dni drogi. Po drodze zabieramy z wioski jeszcze krzepkiego staruszka. Ten proponuje mi nocleg u siebie w domu. Jest juz noc, wiec nie odmawiam. Jego zona przygotowuje smakowity posilek. Uczta trwa do pozna. Podczas niej okazuje sie, ze jeden z synow gospodarza rankiem jedzie samochodem do Talci. Mam wiec zapewniony nie tylko dach nad glowa, ale i dalszy transport.
Z samego rana jestem juz w Talce. Stad postanwiam jechac dalej stopem na poludnie. Tam przekroczyc granice i dotrzec nad Rio Colorado z drugiej strony gor. Swe kroki kieruje wiec na najblizsza stacje benzynowa na Panamericanie. Czekam zaledwie pol godziny, gdy zatrzymuje sie przede mna terenowy Nissan. Mlody mezczyzna oznajmia mi, ze jedzie w kierunku Osorno. Zabieram sie wraz z nim.
W trakcie jazdy okazuje sie, ze Rafael jest prawnikiem, ktory duzo podrozuje po swiecie. Wprawia mnie jednak w zdumienie, gdy oznajmia mi, ze ze wrzesniu zamierza odwiedzic Niemcy i... Polske. Oczywiscie zapraszam go do rodzinnego Gdanska.
Pokonanie kilkuset kilometrowego odcinka po nowiutkiej autostradzie zajmuje nam kilka godzin. Wieczorem, po bezskutecznym lapaniu dalszej okazji, rozbijam namiot przy drodze.
Wstaje dosc wczesnie. Jednak dopiero po kilku godzinach udaje mi sie zlapac ciezarowke jadaca do Argentyny. Droga biegnie wzdluz jeziora, mijajac osniezone stozki wulkaniczne, by nastepnie serpentynami pokonac Andy. Dosc dlugo trwa odprawa po stronie argentynskiej. Dopiero noca docieramy wiec na rozwidlenie drog w okolicy San Carlos de Bariloche. Tam postanawiam pozegnac sie z moim brazylijskim przyjacielem. Chce bowiem zobaczyc ten glowny osrodek wypoczynkowy Patagonii.
Po nocy spedzonej przy drodze rankiem docieram do miasta. Robi ono wrazenie, choc jak dla mnie jest troche za bardo "cukierkowate". Postanawiam pozostac tu na noc i z rana sprobowac lapac stopa na polnoc. Czeka mnie przeciez jeszcze prawie tysiac kilometrow w pontonie..."

07 sierpnia - O krok od tragedii
"Rankiem miasto spowite jest mgla. Widocznosc ograniczona jest zaledwie do kilkudziesieciu metrow. W takich warunkach lapanie stopa zajmuje mi kilka godzin. W koncu udaje sie. Starszy mezczyzna nie jest zbyt skory do rozmowy. Okazuje sie byc jednak prawdziwym rajdowcem. Wysluzonym Fordem mkniemy nad wijaca sie w dole rzeka Limay. Momentami samochod ledwo miesci sie w zakretach. Po pewnym czasie skrecamy w boczna droge. Tu szalencza jazda przerywana jest ostrym hamowaniem przed wiekszymi dziurami. W pewnym momencie przed maska samochodu przeskakuje male stadko guanako, niknac po chwili w jednym z wawozow. Te nieudomowione lamy to dosc rzadki juz dzis widok w Patagonii. Niecala godzine pozniej jestesmy w Zapali. Tu nasze drogi sie rozchodza. Miasto usytuowane na rozleglym plaskowyzu niczym szczegolnym sie nie wyroznia. Poza kilkoma pomnikami nie ma tu nic do zwiedzania. Znacznie bardziej interesujaca jest otaczajaca je przyroda.
Ze wzgledu na wczesna pore postanawiam sprobowac pojechac dalej. Tym razem czekanie ogranicza sie zaledwie do kilkunastu minut. Radosc jednak nie trwa zbyt dlugo. Zdezolowana ciezarowka ledwo co pokonuje kolejne wzniesienia. Momentami wydaje mi sie, ze szybciej poruszalbym sie pieszo. Pozna noca docieramy do Chos Malal. W miasteczku trwa wlasnie zabawa, ktora po kilku godzinach konczy sie rozruba. W oddali slychac strzaly. Nie moge zasnac.
Kolejny dzien przynosi zdecydowana poprawe pogody. Jest slonecznie, choc dosc mrozno. Po kilku godzinach oczekiwania na okazje zaczynam miec powazne obawy czy uda mi sie w ogole pojechac dalej. Przez caly ten czas minelo mnie bowiem zaledwie piec samochodow.
Po poludniu ruch na drodze jakby sie zwieksza. W koncu zatrzymuje sie przede mna samochod z dwojka mlodych, groznie wygladajacych mezczyzn wewnatrz. Widac, ze wczoraj troche za duzo wypili. Pokusa przejechania kolejnych kilometrow jest jednak na tyle silna, ze postanawiam zabrac sie razem z nimi. Droga wije sie serpentynami wokol osniezonego wulkanu Tremen, by po pewnym czasie osiagnac rozlegly plaskowyz. Po kilkudziesieciominutowej ezdzie dojezdzamy do Buta Ranquil. Miejscowosc w ostatnih latach dzieki odkrytym w poblizu zlozom ropy naftowej kilkakrotnie sie rozrosla. Widac tu takze wiele kolejnych rozpoczetych inwestycji.
Z tego miejsca nad rzeke pozostalo mi zaledwie kilkadziesiat kilometrow. Czesc tego dystansu, do osady Barrancas, udaje mi sie pokonac jeszcze tego samego dnia w wypchanym po brzegi artykulami spozywczymi samochodzie. Dalej droga sie konczy i pozostaje tylko piesza wedrowka. Rozbijam wiec oboz w poblizu wioski.
Z rana czeka mnie niemila niespodzianka. Woda, ktora mialem ze soba, zamarzla. Dopiero po pewnym czasie moge przygotowac sniadanie. To spowalnia nieco moment wedrowki. W koncu jednak ruszam. Nie przechodze nawet kilometra, gdy zza krzaka wyskakuje przerazony zajac. Niestety jest na tyle szybki, ze zanim wyjmuje aparat jest juz zbyt daleko. Po kilku godzinach docieram do celu mojej wedrowki - Rio Barrancas, ktorej dolina zamierzalem pierwotnie schodzic od przeleczy Pehuenche. Poziom wody jest na tyle wysoki, ze postanawiam przejsc jeszcze kawalek w gore jej biegu. Wieczorem rozbijam oboz na skraju doliny. W nocy okazuje sie, ze nie byl to najlepszy pomysl. Wiatr jest tu tak silny, ze po pewnym czasie lamie mi nadwyrezony przy poprzednich wyprawach maszt. Czeka mnie klejenie.
Mrozny poranek rekompensuja przepiekne widoki otaczajacych mnie szczytow gorskich. Szczegolnie pieknie prezentuje sie blisko pieciotysieczny wulkan Domuyo. Postanawiam wspiac sie na jeden z pobliskich wierzcholkow by zrobic pamiatkowe zdjecia. Wedrowka zajmuje mi ponad pol dnia. Pozostaly czas wypelniaja mi w calosci przygotowania do splywu.
Rankiem szybko zwijam oboz i przenosze bagaz w poblize rzeki. Ostatnie upakowywanie, robienie zdjec. W koncu plyne. Nurt jest bardzo silny. Przod pontonu podskakuje na wezbranych falach. Caly czas musze uwazac by sie nie wywrocic. Momentami woda wrecz przelewa sie nade mna.
Po kilku godzinach mijam most i ulokowane w jego poblizu cztery domy. Mieszkancy z zaciekawienie przygladaja sie mojej osobie. Dalej rzeka zaczyna sie rozlewac szerszym korytem, a jej nurt jest jakby spokojniejszy. Przede mna wylania sie potezna, oblana sloncem dolina. To tu, z polaczenia dwoch rzek (Barrancas i Grande), bierze swoj poczatek Rio Colorado. Pomimo imponujacych rozmiarow doliny sama rzeka nie jest taka szeroka. Jest jednak znacznie glebsza niz jej poprzedniczka. Dzieki temu zdecydowanie lepiej sie nia plynie. Wieczorem, po rozbiciu obozu, okazuje sie, ze pokonalem tego dnia ponad 60 kilometrow. Tempo splywu pozytywnie mnie wiec zaskakuje. Noc jest bardzo mrozna. Kilkakrtonie sie budze. W koncu sprawdzam termometr. Jest minus 16 stopni.
Slonce jest juz wysoko w gorze zanim rozpoczynam kolejny etap splywu. Caly czas trzyma mroz. Rzeka wije sie szeroka dolina i tylko co jakis czas jej nurt przegradzaja zdradliwe skaly. Zaskakuje mnie bogactwo tutejszego ptactwa, ktore odwaznie podlatuje do pontonu. Wieczorem odczuwam skutki robienia zdjec bez rekawiczek. Trace czesciowo czucie w palcach. Masci niewiele pomagaja.
Nastepny dzien przynosi nieznaczne ocieplenie. Zza nizszych szczytow wylania sie potezny masyw Auca Mahuida. Rzeka toczy swe wody coraz szersza dolina. Wkolo tylko dzikie ptactwo.
W pewnym momencie wyrastaja przede mna skaly przegradzajace rzeke. Jest juz za pozno by dobic do brzegu i przeniesc ponton. Silny nurt znosi mnie w kierunku glazow. Wplywam w kipiel. Przod pontonu wyskakuje w gore. Wir wciaga mnie pod wode. Uderzam w skaly. Czuje silny bol i przeszywajace mnie cieplo. Usiluje wydostac sie na powierzchnie. Nie wiem ile trwa ta walka o zycie. W koncu udaje mi sie jednak wyplynac. Doganiam plynacy ponton i przywiazany do niego bagaz. Ostatkiem sil wyciagam wszystko na brzeg i sciagam zakrwawione ubranie. Dopiero po chwili zmuszam sie by opatrzec nogi i ubrac cos na siebie. Na szczescie duzy plecak jest nietkniety przez wode. Silne srodki przeciwbolowe pozwalaja mi po jakims czasie na rozbicie namiotu i rozlozenie przemoczonych rzeczy. Na noc przyklejam do ubrania kilka plastrow samorozgrzewajacych. Jakos udaje mi sie w koncu zasnac.
Rankiem bol jest nieco slabszy. Dopiero teraz moge oszacowac straty. Jestem zalamany. Okazuje sie bowiem, ze zniszczylem sprzet fotograficzny. Nurt porwal mi tez wioslo. Mam wszystkiego dosyc. Spogladam na mape. Do najblizszej osady jest tylko kilkadziesiat kilometrow. Do najblizszego miasteczka polozonego nad rzeka ponad dwiescie. Wieczorem podejmuje decyzje. Ze wzgledu na nogi nie bede ryzykowal pieszej wedrowki. Jutro sprobuje poplynac dalej, w dol rzeki..."

sierpień 2004 - Z nurtem Rio Colorado
Wstaję wczesnym rankiem. Muszę jednak czekać zanim z namiotu odtaje szron. Po pewnym czasie wypływam. Rzeka rozlewa się z każdym kilometrem szerszym korytem wytrącając tym samym swoją prędkość. Zza jednym z zakrętów ukazuje się w oddali dziwna budowla. Po kilku minutach, gdy dopływam do tego miejsca, okazuje się nią być most. Drewniane pale ledwo co trzymają nadwerężoną konstrukcje. Wszystko to wygląda jakby za chwile miało runąć do wody. Z czasem zmienia się krajobraz. Nikną w oddali gdzieś góry. Niewielkie wzniesienia poprzedzielane są licznymi starorzeczami. Późnym popołudniem rozbijam obóz.
Bardzo szybko mija mi ta noc. Zdecydowanie lepiej się też czuję. Dość wcześnie udaje mi się wyruszyć dalej. Powoli przyzwyczajam się do rzeki. Oblany słońcem potężny masyw górski z czasem zaczyna zostawać w tyle. Po drugiej stronie cały czas ciągnie się niewysoki grzbiet. Pojawia się bydło. To znak, że w pobliżu muszą mieszkać ludzie. Faktycznie, późnym popołudniem, zauważam w oddali mknącego na koniu pasterza. Najwyraźniej musi mnie obserwować, bo gdy zatrzymuję się by rozbić obóz, on wyrasta przede mną. Nieco rożni się od telewizyjnego wizerunku gauczo. Nie ma żadnych ostróg u butów, a i kapelusz wygląda inaczej. Cmoka na widok namiotu i buzującej butli z gazem. Nie może uwierzyć w to co mówię. W końcu żegna się i niknie gdzieś w oddali.
Z rana psuje się pogoda. Pierwszy raz od kilku dni jest pochmurno. Na szczęście nie pada. Zaledwie godzinę zajmuje mi pokonanie odcinka do dużego, betonowego mostu przerzuconego nad rzeka. W górze mkną co jakiś czas załadowane ciężarówki. Wkoło zaczynają pojawiać się domostwa. Jednak dopiero po kilku godzinach docieram do kolonii Catriel. Z mapy wynika, że jest to kilkunastotysięczne miasteczko. Tu postanawiam zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt. Na wszelki wypadek spuszczam powietrze z pontonu i chowam go pomiędzy olbrzymimi kępami rosnącej nad brzegiem trawy.
Centrum miasteczka wyznacza jedyna chyba betonowa ulica. To przy niej mieści się większość sklepów i punktów usługowych. Dość dużo czasu zajmuje mi poszukiwanie sklepu ze sprzętem fotograficznym. W końcu gdy udaje mi się go znaleźć czeka mnie niemiła niespodzianka. Szok cenowy. Za zwykły aparat kompaktowy muszę zapłacić dwukrotnie więcej niż w Polsce. Nie mam jednak wyboru.
Po zrobieniu niezbędnych zakupów wracam nad rzekę. Ponton jest cały. Jednak w pobliżu kręcą się jakieś dziwne typki. Nie czekając na reakcję z ich strony postanawiam szybko opuścić to miejsce. Pompuje ponton, by po chwili być już na rzece. Późnym wieczorem rozbijam obóz. Wypogadza się. Niebo rozświetlają tysiące gwiazd. W oddali widać światła miasteczka.
Kolejny dzień przynosi nieznaczne ocieplenie. Rzeka nadal prowadzi swe wody kilkoma korytami. W pewnym momencie wpływam w jedno z nich. Nurt z czasem zaczyna być coraz słabszy. W końcu prawie stoję w miejscu. Oznacza to tylko jedno. Właściwy nurt jest gdzieś w pobliżu. Muszę przenieść więc ponton.
Wędrówka, po spękanej od słońca ziemi, na szczęście nie trwa długo. Docieram nad cos w rodzaju kanału. Nurt jest tu bardzo szybki. Dopiero po pewnym czasie orientuje się, że teren po którym się poruszam to opróżniony zbiornik retencyjny, który miałem mijać po drodze. W ostatniej chwili udaje mi się uniknąć kolejnej wywrotki. Kanał kończy się bowiem po pewnym czasie niewielką kaskadą. W pobliżu widać kilkanaście domostw.

sierpień 2004 - U wrót Atlantyku
Kolejne dni niewiele różnią się od siebie. Krajobraz staje się bardzo monotonny. Wkoło tylko olbrzymie trawy pampasowe i pojedyncze drzewa rosnące na podmokłym brzegu. Rzeka z każdym kilometrem traci na szybkości. Brak kontaktu z ludźmi wywołuje z czasem tęsknotę za krajem i najbliższymi. Jedyną rozrywką staje się wertowanie kolejny raz słownika. Po kilku tygodniach zasób mojego słownictwa jest na tyle duży, że pozwala na swobodne konwersacje. Można więc śmiało powiedzieć, że podróże kształcą.
Po ponad trzech tygodniach spędzonych w pontonie osiągam cel mojej wyprawy. Niewielkie miasteczko Pedro Luro położone w delcie rzeki Colorado sprawia wrażenie wymarłego. Gospodarstwo, obok którego rozbijam mój ostatni obóz, okazuje się być niezamieszkałe. Mimo szczerych chęci obdarowania kogoś pontonem i innymi zbędnymi rzeczami nie mam jak tego uczynić. Po chwili namysłu i umieszczeniu na pontonie pamiątkowego wpisu decyduję się na pozostawienie ekwipunku na brzegu.
Wracam do kraju. A Ameryka? Na pewno jeszcze wrócę.

Michał Witkiewicz

dodal: cejot (8 stycznia 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony