Pamir 2004

Pod klubową flagą. Prawie Pik Lenina

Pik Lenina ( 7134 m n.p.m.) - wyrasta ponad najwyższą wyżyną świata - Pamirem i jest jednym z najwyższych jej szczytów. Położony na granicy Tadżykistanu i Kirgizji w północno-wschodnim Pamirze, nazywanym Zaałtajskim, tworzy potężny masyw pokryty wiecznym śniegiem i licznymi lodowcami. Od Ałtaju oddziela go rzeka Kazył-Su. Główne pasmo ma długość 150 km . Pierwotnie nazwany Pikiem Kaufmana przez A.P. Fedczenke, nazwę zmieniono w 1928 roku kiedy to 28 czerwca został pierwszy raz zdobyty przez Niemców (E. Allwein, E. Schneider i K. Wien) wchodzących w skład radzieckiej wyprawy naukowej pod patronatem Akademii Nauk ZSRR. Wejście nastąpiło przez wschodnią grań z przeł. Krylenki i była to w ówczesnym czasie najwyższa góra zdobyta przez człowieka. Co ciekawe Związek Radziecki tego wejścia nie uznał i w Rosji za pierwszych zdobywców uznaje się wyprawę z 1934 roku (K. Czernucha, W. Abałakow, I. Lykin), oczywiście czysto rosyjską.

Obecnie na Piku Lenina jest 16 różnych dróg (9 z południa, 7 z północy) i żadna nie ma wyceny poniżej 5A. Najpopularniejsza z nich przez Pik Razdielna, a następnie wiodąca zachodnią granią, powstała w roku 1954 i nią wchodziła druga polska wyprawa w roku 1969. Rok później na wyprawie oprócz Polaków znalazła się także Polka - Zofia Szajuk, która wchodząc na szczyt ustanowiła ówczesny polski kobiecy rekord wysokości. Obecnie z około 150-200 osób wspinających się rocznie na tę górę na szczycie staje około 10-20. Wśród wspinaczy są oczywiście amatorzy, ale również alpiniści, którzy mają nierzadko na swoim koncie ośmiotysięczniki, a dochodzą co najwyżej do trzeciego obozu na 6120 m . Rozrzedzone powietrze jest główną przeszkodą w drodze na szczyt. Powyżej 5000 metrów raczej nikogo nie omija ogólne osłabienie związane ze zdobywaniem wysokości, bardzo często występują bóle głowy i inne dolegliwości. Wysokość 6000 nazywana jest pierwszą strefą śmierci. Powyżej niej organizm człowieka nie podlega regeneracji. Drugim problemem jest stabilność pogody, a właśnie z jej braku Pamir słynie. Planując wejście trzeba dysponować zapasem czasu, który pozwoli przeczekać załamania trwające latem nawet dwa tygodnie. Kłopoty z pogodą były przyczyną wielu niepowodzeń i tragedii na tej górze, dlatego ciągła łączność z bazą i komunikaty meteo to bardzo istotny każdej akcji górskiej.

Droga do celu
Wizja wyprawy powstała niespełna miesiąc po moim powrocie z Elbrusa w 2003 roku. Po długotrwałych przygotowaniach, poszukiwaniach partnerów, patronów i sponsorów, wymianie licznej korespondencji z zagranicznymi agencjami turystycznymi, załatwieniu formalności i zakupieniu odpowiedniego ekwipunku oraz wyżywienia byliśmy wraz z Krzyśkiem gotowi do drogi.

Wyjazd i dojazd
Wyjeżdżamy w czwartek 22 lipca o 5.51 pociągiem IC Gdańsk - Warszawa. Przez Terespol, Brześć, Moskwę i stolicę Kirgizji - Biszkek po wielu perturbacjach docieramy do miejscowości Osh skąd mamy jechać w góry. Jesteśmy tu o 16.20 z jednodniowym opóźnieniem co może okazać się decydujące w ostatecznym rozrachunku. Noc spędzamy w miejscowym hotelu a nazajutrz próbujemy zorganizować sobie transport do Base Camp (BC). Początkowo mieliśmy wszystko uzgodnione z agencją Tour Asia (nie mylić z Asia Tour), która miała przygotować dla nas (oczywiście odpłatnie) miejsce w hotelu, transport do BC i wszelkie niezbędne formalności związane z pobytem w Kirgizi. Niestety niczego nam nie przygotowali. Na marginesie - jeżeli wybieracie się w Pamir lub Tien Szan nie korzystajcie z usług tej agencji. Gdy już mamy wszystko zapakowane na samochody zjawia się przedstawiciel Tour Asia i mówi, że mamy z nim jechać. Podróż okazuje się koszmarem. Samochód psuje się kilkakrotnie a na miejsce dojeżdżamy o 2 w nocy podczas gdy normalnie dojazd zajmuje 9 godzin.

Akcja górska
Rano okazuje się, że kolejne uzgodnienia z agencją nie są zgodne ze stanem faktycznym i zmuszeni jesteśmy przenieść się z polany Aczik-Tasz na wysokości 3620 m .n.p.m. o 180 m wyżej - na Łukową Polanę, gdzie już bezpłatnie rozbijamy namiot. Decydujemy się, że kolejnego dnia wyruszamy do obozu pierwszego (CAMP I) na wysokość 4550 m ., gdzie chcemy zlokalizować naszą bazę do właściwej akcji górskiej. Pierwsze wyjście do CAMP I rozpoczynamy dokładnie tydzień po wyjeździe z Gdańska. Wstajemy o godz. 7. Szybkie śniadanie i o 8 jestem gotów do wyjścia. Niestety opieszałość Krzyśka powoduje, że startujemy dopiero o 10 zostawiając część niepotrzebnego sprzętu w depozycie.

Pierwsza trudność to tzw. Pieriewał czyli przełęcz na wysokości około 4200m. Po przekroczeniu Pieriewału strome zejście w dół, w trakcie którego Krzysiek stwierdza, że nie da rady. Z uwagi na łatwo wyglądającą ścieżkę decydujemy się rozdzielić. Krzysiek ma powoli iść w górę a ja mam dojść do CAMP I i wrócić po jego bagaż. Niestety droga przez lodowiec i liczne acz z daleka widoczne szczeliny zajmuje mi zbyt wiele czasu i zmuszony jestem nocować w obozie pierwszym u poznanych tam warszawiaków: Andrzeja, Damiana i Pawła. Szczerze mówiąc nie wiem czy z zimna zmrużyłbym oko tej nocy gdyby nie ich ciepłe ciuchy - panowie wielkie dzięki. O 21 korzystając z miejscowego radiotelefonu powiadamiam Krzyśka, że nocuje na górze i upewniam się że z nim też wszystko w porządku.

Kolejne trzy dni upływają nam na przeniesieniu bagażu z Łukowej Polany do CAMP I oraz na odpoczynku i aklimatyzacji. Zacieśniam też znajomość z Andrzejem, który musiał wycofać się z uwagi na zbyt szybkie tempo swoich towarzyszy. Pogoda w kratkę, choć jak na warunki Pamiru aż nadzwyczaj dobra.
Wreszcie 2 sierpnia decydujemy się na wyjście wyżej. Niebo prawie bezchmurne. Wraz z Andrzejem tworzymy trzyosobowy zespół wspinaczkowy, wiążemy się liną i ruszamy w kierunku CAMP II. Początkowy odcinek podejścia dość łagodnie doprowadza nas pod prawie pionową ścianę wysoką na jakieś 100- 150 m . Z użyciem poręczówki, czekanów i raków udaje nam się ją pokonać w dość krótkim czasie. Dalsza droga to raz bardziej a raz mniej stromo ale wciąż do góry. Na szczęście obywa się bez żadnych groźnych sytuacji. Większość szczelin jest na tyle mała, że można je pokonać nawet bez asekuracji (co robi większość Rosjan, Kirgizów i Gruzinów) lecz przynajmniej dwie wymagają bezwzględnego zakładania stanowiska asekuracyjnego, co też czynimy. Do obozu drugiego docieramy dopiero po 8 godzinach. Z uwagi na późną porę postanawiamy przenocować wraz z Andrzejem w namiocie opuszczonym chwilowo przez Damiana i Pawła, którzy akurat tego dnia po noclegu na 5900 m . zeszli do CAMP I. Nasza pierwsza noc na 5440 m . jest ciężka. U Krzyśka odzywają się kłopoty z kręgosłupem. Nie może zmrużyć oka, a próbując znaleźć sobie dogodną pozycję do snu wielokrotnie mnie budzi.
CAMP II znajduje się w obszernym kotle otoczonym granią, po której prowadzi dalsza droga na szczyt. Składa się jakby z dwóch podobozów nazwanych przeze mnie IIa (położony nieco niżej ale chyba w bardziej niebezpiecznym miejscu na dnie kotła - to tu w 1990 roku lawina pogrzebała 43 alpinistów) i IIb - wyżej, na dużym występie skalnym. Na nasz nocleg, zgodnie z zaleceniami Andrzeja, obraliśmy obóz IIb - wyżej znaczy łatwiej do dalszej drogi, bezpieczniej i bliżej do wody (dziura w lodzie, gdzie woda nie zamarza dzięki czemu nie trzeba topić śniegu.

Kolejnego dnia niewyspany Krzysiek chce pozostać w CAMP II odmawiając tym samym realizacji naszego wcześniejszego planu - zejścia do obozu pierwszego. Nie chcąc tracić czasu wyruszam z Andrzejem na wysokość 5900 m gdzie chcemy spędzić noc na aklimatyzacji. Z grani w miarę prosta technicznie droga prowadzi w kierunku wierzchołka. Po około trzech godzinach docieramy do planowanego miejsca biwaku. Mamy szczęści. Akurat swój namiot zwijają Rosjanie a my zajmując ich miejsce nie musimy kopać platformy. Tego wieczoru mam pierwsze, i jak się później okazało, ostatnie problemy z wysokością. Lekko boli mnie głowa i wydaje mi się, że odczuwam nudności. Na szczęście dzięki przedwyjazdowemu szkoleniu w Klubie Wysokogórskim Trójmiasto apteczkę mam dobrze wyposażoną. Aplikuje sobie paracetamol i już bardziej zapobiegawczo duramid i metoclopramidum. Noc mija spokojnie choć mój namiot okazuje się nieodpowiedni na te warunki atmosferyczne. Rano szybko schodzimy do CAMP II, gdzie Andrzej chce czekać na swoich partnerów a my z Krzyśkiem idziemy do obozu pierwszego na regeneracje sił. Do naszej "bazy" dochodzimy około godz. 16.

Atak szczytowy
Nazajutrz, 6 sierpnia, po całodniowym wypoczynku postanawiamy wyruszyć w górę. Tym razem ma to już być ostateczne wejście zatem zabieramy ze sobą wszystko co będzie nam potrzebne w kolejnych dniach. Jest tego około 40 kg . Ciężar plecaka daje mi się mocno. Późne wyjście z "jedynki" powoduje, że w "dwójce" znów jesteśmy pod wieczór. Kolejny dzień spędzamy na odpoczynku przed ostateczną próbą ataku szczytowego. Do CAMP III wychodzimy znów zbyt późno ale tym razem mamy krótszy odcinek do pokonania. Od obozu II do samego szczytu praktycznie niepotrzebne są już liny zatem cały "szpej" potrzebny do wiązania się zostawiamy w "dwójce". Pierwszy odcinek jest już mi znany z wcześniejszego podejścia z Andrzejem. Od przełęczy na 5900 m do CAMP III dzieli nas zaledwie 250 m stromego podejścia. Zajmuje nam to jednak blisko 3 godziny marszu. Po każdym kroku w górę muszę brać dwa głębokie oddechy a i to nie ustrzega mnie przed krótkim odpoczynkiem po każdych dziesięciu krokach. Tempo iście żółwie ale wciąż do przodu i wciąż do góry. Ludzie na grani wyglądają jak mrówki - zarówno pod względem wielkości jak i ich ilości. W końcu dochodzę pod szczyt na wysokość 6120 m .n.p.m. gdzie posadowiono CAMP III. Wiatr wieje non-stop. Miejsca na rozbicie namiotu nie ma - wszystko zajęte, przybyłem zbyt późno. Jedyne co mi pozostaje to wykopać platformę i rozbić namiot. Kopanie w śniegu na takiej wysokości do łatwych nie należy. Po około godzinie dociera Krzysiek i już wspólnie na zmianę kończymy pracę. Szybko rozbijamy namiot i już po zmroku gotujemy herbatę.

Rano, zgodnie z zaleceniami Pawła przystępujemy do ataku na obóz IV. Widok niesamowity. Na niebie słońce a pod nami... dywan z chmur. Biorę aparat i robię zdjęcia. Początkowo "szlak" prowadzi w dół na przełęcz gdzie dotychczas zawsze stał obóz III, przeniesiony w tym roku trochę wcześniej pod Pik Razdielna. Z przełęczy zaczynamy najdłuższe i najtrudniejsze z dotychczasowych podejście. Wiatr porywając drobinki skał wieje z niesamowitą siłą prosto w twarz. Dochodzę do wysokości około 1/3 całego podejścia gdy słyszę, że Krzysiek proponuje wycofać się. Niechętnie ale decyduje się na odwrót. Okazuje się, że Krzysiek nie ma łapawic co przy tym wietrze może spowodować odmrożenia rąk zatem decyzja o odwrocie jest jak najbardziej słuszna. Wracamy do CAMP III. Niestety na naszej żmudnie przygotowanej platformie rozbija się właśnie dwójka alpinistów. My zajmujemy inną, która niestety jest mniej osłonięta od wiatru. Kilka zdjęć na tle wierzchołka, kolacja i kładziemy się spać.

Odwrót i powrót
10 sierpnia podejmujemy kolejną próbę dojścia do "czwórki". Niestety Krzysiek stwierdza, że idziemy bez plecaków co jest równoznaczne z rezygnacją z wejścia na wierzchołek. Ta decyzja powoduje, że odchodzi mi ochota i reszta sił na jakąkolwiek dalszą drogę. Jest mi wszystko jedno czy zakończę wyprawę na 6120 czy na 6500 skoro i tak na szczyt nie wejdę. Tym razem to ja podejmuję decyzję o odwrocie i informuje o tym Krzyśka, który postanawia realizować swój plan i wejść do CAMP IV. Po jego powrocie zwijamy obóz i schodzimy do "dwójki" skąd przez następne dni ewakuujemy się do bazy i wracamy do Osh. Jeszcze tylko drobne przepychanki z przedstawicielami Tour Asia, którzy żądają od nas pieniędzy za rzeczy, których nie otrzymaliśmy i około 16.00 samochodem marki mercedes udajemy się w kierunku Biszkeku. Stąd mamy już kupione bilety lotnicze do Moskwy. Dalej koleją przez Białoruś, Terespol aby bezpiecznie, 20 sierpnia o 18.43 zakończyć podróż w Gdańsku.

Podsumowanie
Wyjazd pomimo nie osiągnięcia wierzchołka uznaje za udany. Z czterech celów jakie przyświecały tej wyprawie osiągnąłem trzy: udało mi się, mimo wielu przeciwności, doprowadzić wyjazd do skutku; osiągnąłem najwyższą z dotychczasowych wysokości oraz po raz pierwszy przekroczyłem wysokość 6000 m .n.p.m.
Polecam tego typu wyprawę każdemu kto marzy o górach naprawdę wysokich, ale tylko tym, którzy mają już doświadczenie górskie. Myślę, że wyjazdy na Mont Blanc i wcześniejszy na Elbrusa pozwoliły mi sprawdzić, że jestem gotowy na wyjazd w Pamir. Bogatszy o doświadczenie i nieocenioną wiedzę jaką zdobyłem podczas tego wyjazdu zapewne jeszcze kiedyś tam wrócę, choć jeszcze nie wiem kiedy. Jeżeli ktoś z Was ma zamiar tam jechać chętnie służę jako przewodnik.

Podziękowania
Dziękuję Zarządowi Morskiego Portu Gdańsk SA, za patronat i częściowe sfinansowanie wyprawy.
Dziękuję Krzyśkowi, że zgodził się wziąć udział w tej wyprawie i przepraszam Cię za wszystkie nieprzyjemności z mojej strony.
Dziękuję Andrzejowi, Pawłowi i Damianowi za przygarnięcie mnie pierwszej nocy w CAMP I oraz za towarzystwo podczas całego naszego pobytu w górach.
Dziękuję również Michałowi Kochańczykowi i ekipie KWT za zaproszenie na szkolenie "Twoje zdrowie powyżej 2500 m " dzięki któremu wiedziałem jak się zachować w przypadku problemów zdrowotnych.
Do zobaczenia na szlaku!
Wojciech Suchy

Ekspedycja Pamir 2004
PATRONAT: Zarząd Morskiego Portu Gdańsk S.A., onet.pl, Survival, Poznaj Świat, Polski Klub Przygody
CEL: Pik Lenina 7134 m .n.p.m. w górach Pamir
TERMIN: 22.07.2004 - 20.08.2004
UCZESTNICY: Krzysztof Kula i Wojciech Suchy
TRASA: Gdańsk - Warszawa - Terespol - Brześć - Moskwa - Biszkek - Osz - Base Camp - akcja górska - powrót analogiczny

dodal: cejot (8 stycznia 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony