Wojtek Suchy w akcji wysokogórskiej

Pod klubową flagą. Jak nie wszedłem na Mont Blanc

"Życie jest jak książka - kto nie podróżuje czyta jedynie pierwszą jej kartę"

Mont Blanc - najwyższa góra Europy lub, jak wolą niektórzy, Europy Zachodniej. Wznosi się na wysokość 4808,45 m na pograniczu Francji i Włoch w Alpach Zachodnich. Masyw Mont Blanc zbudowany jest głównie ze skał krystalicznych. Rozcięty licznymi dolinami glacjalnymi (17 lodowców o łącznej powierzchni 200 km2) jest młodym, stale rosnącym masywem górskim (przyrost roczny wynosi ok. 2-3 mm).

"Biała Góra" nie jest górą łatwą. Wszyscy, którzy weszli na szczyt i uważają, że tak nie jest są w błędzie. Mieli po prostu szczęście. Zdobycie szczytu nawet przy dobrej pogodzie to loteria, która może przynieść zamiast żalu z porażki - śmierć. Świadczyć o tym może choćby statystyka wypadków, z których jeden na trzy jest śmiertelny. Mając to na uwadze niezbędne jest wcześniejsze szczegółowe przygotowanie się i rozwaga w podejmowaniu wszelkich decyzji.

Pomysł wyjazdu na Mont Blanc zrodził się w niespełna miesiąc po moim powrocie z wyprawy na Elbrus, która miała miejsce w lipcu 2003 roku. Z uwagi na inne plany letnie postanowiłem podjąć próbę zimowego zdobycia Blanca. Z uzyskanych informacji doszedłem do wniosku, że jest to góra znacznie trudniejsza niż Elbrus i wyprawa indywidualna nie wchodzi w grę. Spośród znajomych na wspólny wyjazd zdecydował się i ostatecznie wziął w niej udział mój dobry znajomy Wiesiek Gumienny, za co mu serdecznie dziękuję.

Na szczyt prowadzą minimum cztery drogi: 3 po stronie francuskiej i najtrudniejsza od strony włoskiej. Tą ostatnią od razu odrzuciłem z uwagi na fakt ataku zimowego. Z pozostałych trzech najbardziej skłaniałem się ku drodze najkrótszej i chyba najbezpieczniejszej jak na warunki zimowe - z Les Houches, przez schron Gouter, choć kusiły też inne drogi. W wyborze tym utwierdził mnie sam Piotr Pustelnik - wybitny polski himalaista, zdobywca 12 ośmiotysięczników. W rozmowie z Wieśkiem niespełna tydzień przed naszą wyprawą stwierdził, że w warunkach zimowych jedynie ta droga wydaje się realną.

Po szczegółowym zaplanowaniu dojazdu, trasy wejścia i wybraniu niezbędnego ekwipunku w dniu 12 marca 2004 roku w godzinach wieczornych ruszyliśmy samochodem marki Matiz w kierunku Chamonix du Mont Blanc - niewielkiej miejscowości turystycznej leżącej u podnóża docelowego masywu. Towarzyszyła nam wspólna znajoma Iwona Majko i jej siostra Monika, które jechały odwiedzić przyjaciół we Francji. Nie spieszyliśmy się. Jeszcze przed wyjazdem przez ponad miesiąc monitorowałem pogodę w rejonie masywu Mont Blanc (http://www.meteo.fr/meteonet_en/temps/activite/mont/ nalpesn/prev/masprev.htm) i wiedziałem, że przed poniedziałkiem nie ma sensu wychodzić w góry z uwagi na deszcz. Po drodze zwiedzaliśmy różne małe miasteczka i niemiecki legoland (niestety tylko przez płot gdyż byliśmy poza sezonem).

Do Chamonix dotarliśmy w niedzielę przed południem. Deszcz ustawał a niebo zaczynało się przejaśniać. Poinformowaliśmy o naszych planach miejscową służbę górską, dokonaliśmy ostatnich zakupów, w jednym z wielu pensjonatów zarezerwowaliśmy nocleg na noc po powrocie, zostawiliśmy samochód i około godziny 20 z wysokości 1010 m.n.p.m. ruszyliśmy w górę z zamiarem przenocowania w górskiej chatce Baraque Forestiere des Arandellys (1757m, około 45N52'15 i 6E47'55). Niestety zbyt późna pora wymarszu i głęboki śnieg uniemożliwiły dotarcie tego dnia do celu. Rozbiliśmy namiot na wysokości około 1600 m i przeczekaliśmy do świtu.

Rano okazało się, że niespełna 200m dalej była otwarta, sucha chatka leśna, której niestety nie zauważyliśmy w ciemnościach. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej mijając miejsce naszego niedoszłego noclegu, jak się okazało zamykanego na zimę. Brodząc w głębokim niekiedy do pasa śniegu, osuwając się na bardziej stromych odcinkach, które latem nie sprawiają zapewne najmniejszych problemów dotarliśmy do granicy lasu. W górze, na tle błękitnego nieba, w promieniach popołudniowego słońca naszym oczom ukazała się stacja kolejki Tramway du Mont Blanc na przełęczy Mt Lachet (2077m, 45N52'15 i 6E47'43). Jeszcze niespełna dwie godziny i około 16.00 dotarliśmy na przełęcz, gdzie spotkaliśmy sześcioosobową grupę... Polaków. Na wspólnych rozmowach spędziliśmy około godziny. Dowiedzieliśmy się, że w dalszej części drogi śnieg jest bardzo grząski i nie sposób iść tam za dnia bez specjalnych rakiet śnieżnych. W przeciwieństwie do nas nasi nowi znajomi nie byli wyposażeni w ten sprzęt i postanowili kontynuować podejście w nocy gdy śnieg trochę zmrozi. My zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze tego samego wieczora i ruszyliśmy do przodu. Zgodnie ze wszystkimi zebranymi opisami nasza droga prowadziła wzdłuż torów kolejki zębatej ale ... gdzie te tory są? Obfite opady zrobiły swoje a trasę Tramway'u du Mont Blanc wyznaczały jedynie kolejne słupy trakcyjne.

Nachylenie stoku sięgało niekiedy nawet 45°. To miał być w zasadzie najprostszy odcinek - ale latem. Teraz wyglądało to jak skały zasypane śniegiem. Po niespełna 500 m natrafiliśmy na 30-metrowej szerokości tor po zejściu lawiny. Zachowując wszelkie środki ostrożności, z założonymi rakami i asekurując się czekanami pokonywaliśmy ten odcinek ponad godzinę. Zrobiliśmy kilka zdjęć zachodzącego słońca i zdecydowaliśmy się kontynuować marsz przy świetle latarek. Po niespełna trzech godzinach, będąc na skraju wyczerpania i widząc czekające nas trudności podjęliśmy decyzję wycofania się. Zeszliśmy do w miarę płaskiego miejsca gdzie wykopaliśmy platformę pod namiot i zasnęliśmy. Około 3 w nocy zbudzili mnie poznani wcześniej Polacy, którzy zgodnie z zapowiedziami wyruszyli po północy naszym tropem.

Kolejny dzień (wtorek) ponownie przywitał nas pięknym słońcem. Wiedzieliśmy, że nie wróży to dobrze na drogę powrotną, ale żaden z nas nie chciał o tym mówić. Na razie mieliśmy tylko jeden cel - iść do góry. Słońce, piękne widoki i śniadanie sprawiły, że wyruszyliśmy dopiero po godzinie 10, co nie wróżyło osiągnięcia celu - schroniska Gouter (3817 m). Ten dzień, jak się później okazało, miał być najtrudniejszym w naszej wędrówce. Idąc cały czas w rakach z czekanem wbijanym w śnieg za każdym krokiem przeszliśmy między innymi odcinek trasy biegnący tuż pomiędzy skalną ścianą z lewej i urwiskiem z prawej. W miejscach gdzie nie można było wbić czekana trzymaliśmy się skał, choć chyba żaden z nas nie wierzył, że w przypadku poślizgu coś nam to pomoże. Gdy pokonaliśmy ten odcinek naszym oczom ukazała się grota skalna. Szybko się zorientowaliśmy, że to nie grota tylko tunel kolejki zębatej, którym powinniśmy byli przejść. Niestety wcześniejsze opady były tak intensywne, że skutecznie zasypały wejście do tunelu, którego nawet nie zauważyliśmy. Do górnej stacji kolejki zębatej (le Nid d'Aigle - 2372 m, 45N51'31 i 6E47'53) dotarliśmy już bez większych przeszkód. Tu po raz drugi mieliśmy okazję obcować prawie na wyciągnięcie ręki z charakterystycznymi dla tego regionu kozicami alpejskimi. Najdziwniejsze był dla nas fakt, że zwierzęta te wcale się nas nie bały - traktowały nas w zasadzie jak powietrze, stojąc sobie spokojnie na skałach w czasie naszego przejścia.

Chwila odpoczynku i trzeba ruszać w dalszą drogę - przez sam środek Desert de Pierre Ronde, nieco obok właściwej drogi. W pobliżu ruin Baraque Forestiere des Rognes (2768 m) pozwoliliśmy sobie na godzinny odpoczynek w czasie którego uzupełniliśmy ubytki energii i kalorii. Już wcześniej zauważyliśmy, że naszym śladem podążają jeszcze dwie osoby, które teraz nas wyprzedziły wchodząc bezpośrednio na grań prowadząca do schroniska Tete Rousse. Jak się okazało później była to dwójka ... nie, nie Polaków jak podejrzewaliśmy lecz Hiszpanów. Do przedmiotowego schroniska na wysokości 3167 m (45N51'19 i 6E49'04) dotarliśmy już po zmierzchu. Spotkaliśmy w nim Hiszpanów i czwórkę Polaków. Pozostała dwójka, która dotarła tu jako pierwsza ruszyła jeszcze tego samego dnia do schroniska Gouter. Na kolację ryż z sosem i konserwą mięsną, tabliczka czekolady na głowę i poszliśmy spać.

Środowe przedpołudnie spędziliśmy na zastanawianiu się czy kontynuować wejście oraz na próbie naprawy popsutych raków. Sprzęt, który miałem częściowo pożyczony odmawiał posłuszeństwa. Ostatecznie, pomni wszelkich ostrzeżeń i statystyk, podjęliśmy bardzo trudną decyzję o odwrocie i wycofaniu się z Białej Góry. Zejście rozpoczęliśmy około południa szybko pokonując znaną już nam trasę. Słońce zrobiło swoje. Śnieg był bardzo rozmiękły co groziło lawinami. Kilka niewielkich zeszło w trakcie minionych dwóch dni co objawiało się urwanymi gdzieniegdzie naszymi śladami z drogi w górę. Po dotarciu do tunelu podjęliśmy, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, próbę odkopania jego wylotu. Zakończyła się ona pełnym sukcesem co oszczędziło nam konieczności ponownego pokonywania najbardziej nieprzyjemnego odcinka trasy. Szybkie, acz bardzo ostrożne zejście doprowadziło nas o jedną stację kolejki zębatej niżej niż żeśmy zaczynali w trakcie podejścia. Doszliśmy do górnej stacji wyciągu Telepherique les Houches-Bellevue na wysokości 1801 m. Niestety dotarliśmy tu zbyt późno a bardzo nieuprzejmy człowiek z obsługi udzielił nam informacji, że pierwszy wagonik jedzie w dół o 9 rano a noclegu tutaj nie ma. Sił na dalsze zejście już nie mieliśmy zatem zdecydowaliśmy się pozostać tu na noc. Skorzystaliśmy ze znajdujących się w pobliżu leżaków i bez namiotu przenocowaliśmy pod bezchmurnym niebem.

Rano (czwartek) zjechaliśmy pierwszym wagonikiem o 8.30 do Les Houches. Niestety przyjemność ta kosztowała nas 9,6 euro co jak na jeden zjazd jest dla Polaka kwotą niebagatelną ale myślę wartą wydatku z uwagi na zaoszczędzony czas. Szybko dotarliśmy do naszego pensjonatu. Gospodarza niestety nie było a chcieliśmy się rozliczyć za skorzystanie z prysznica i przechowanie samochodu. Chcieliśmy również zrezygnować z dokonanej wcześniej rezerwacji gdyż doszliśmy do wniosku, że szkoda dnia i lepiej pojechać zwiedzić pobliską Genewę. Szybko udało się ustalić, że naszego gospodarza możemy spotkać w miejscowym biurze informacji turystycznej. Niestety był on dostępny jedynie telefonicznie i to za pośrednictwem obsługi informacji turystycznej. Udało się jednak przeprosić za naszą zmianę planów i ustalić, że nie jesteśmy nic winni.

Droga powrotna upłynęła pod znakiem zwiedzania i 11-sto krotnego przekraczania różnych granic. Jechaliśmy przez Szwajcarię, Lichtenstein, Austrię, Niemcy i Czechy aby przekroczyć polską granicę w Kudowie Zdroju. Do Gdańska dotarłem wieczorem w niedzielę 21 marca 2004 roku.

Z porażką po nie zdobyciu szczytu lecz szczęśliwi, że przetrwaliśmy bez obrażeń wróciliśmy do Gdańska. Bogatszy o nowe doświadczenia wysokogórskie na pewno za rok wrócę pod Mount Blanc i spróbuje jeszcze raz - również ataku zimowego.
Do zobaczenia na szlaku.

Wojciech Suchy
w.suchy_(at)_almanak.gdansk.pl

Pomiary GPS podano zgodnie z systemem europejskim WGS84

dodal: cejot (7 stycznia 2008)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony