Pod naszym patronatem w Boliwii

Sjesta, koka i karnawał

Pod naszym patronatem w Boliwii
Sjesta, koka i karnawał

Piękna, pociągająca i dziewicza. Taka właśnie jest Boliwia. Podczas zaledwie tygodniowego pobytu w Boliwii napotykamy jednak więcej problemów niż w ciągu pozostałych czterech miesięcy spędzonych w Argentynie, Chile i Urugwaju. Siedem dni było lekcją podchodzenia do wszystkiego na luzie i nie martwienia się niczym. Przecież w końcu... jakoś to będzie!

Jeszcze w Chile szukamy wyczerpujących informacji, żeby nie było niespodzianek przy wjeździe do Boliwii. Upewniamy się co do warunków przekraczania granicy i cen biletów autokarowych. Autokarem chilijskim dojeżdżamy tylko do granicy, potem musimy przesiąść się do boliwijskiego i zakupić oddzielne bilety na przejazd do Uyuni.
Zatem jest i granica. Pośrodku wielkiego "niczego". Pustkowie, przestrzeń, na horyzoncie kilka stożków wulkanicznych. Czekamy po stronie chilijskiej - nie wiemy na co. Okazuje się, że nie ma prądu i nie mogą nas odprawić. Czekamy więc na prąd…
Półtorej godziny później i kilkaset metrów dalej czeka na nas boliwijski posterunek policji. Jest skutecznie ukryty - o czym jeszcze nie wiemy - za kilkoma rzędami liczących kilkanaście bądź kilkadziesiąt wagonów składów kolejowych. Zdezorientowani podążamy po prostu za miejscowymi, którzy ku naszemu zdumieniu zaczynają po kolei przeciskać się pomiędzy wagonami. Starzy, czy młodzi, z małymi dziećmi na rękach, wszyscy jak jeden mąż skaczą przez złączenia i ustawiają się w kolejce do obskurnego posterunku.
- 21 boliwianów za osobę! - oznajmia celnik patrząc na nas wyczekująco - no chyba, że wolicie płacić w dolarach albo peso chilijskim?
Oczywiście, że wolelibyśmy płacić w boliwianach - opłata w walutach obcych jest wyższa - gdybyśmy tylko jakiekolwiek boliwiany mieli. Niektórzy nie kryją zaskoczenia. Opłata? Ostatnio nic nie płacili. Ale policjant każe - trzeba wykonać. Tu zaczynają się pierwsze schody. Z Chile wyjeżdżaliśmy nocą, dla własnego bezpieczeństwa zrezygnowaliśmy z wybierania nadprogramowych pieniędzy z bankomatu - miasto, dzielnica a przede wszystkim kręcące się podejrzane grupki, nie zachęcały do spacerów z całym podróżniczym "dobytkiem". A teraz żałujemy że byliśmy zbyt ostrożni. Z sytuacji ratuje nas dwóch Chilijczyków, pożyczają nam pieniądze.
Znów tor przeszkód ustawiony z kilku pociągów i możemy się przesiadać do boliwijskiego autokaru, który w międzyczasie przyjechał z Uyuni. Przepakowujemy się, kierowcy przerzucają z dachu na dach lodówkę i inne sprzęty AGD. Głośno, gwarno, parno. Do szczęścia brakuje w autokarze tylko gdaczących kur. Po dwóch - trzech godzinach jazdy podnosi się od niechcenia towarzysz kierowcy i zaczyna zbierać pieniądze za przejazd.
- 70 boliwianów lub 7000 pesos chilijskich. - stoi z wyciągniętą ręką przed naszymi nosami. Tym razem mamy odliczoną walutę chilijską. Odliczone według informacji z Chile. Brakuje nam 4000 pesos. Czemu ceny są inne niż informują przewoźnicy? Odpowiedź jest prosta aż do bólu: "bo się zmieniły". Na bilet potwierdzający faktyczny koszt przejazdu nie mamy oczywiście co liczyć. Bileter wykazuje się wspaniałomyślnością i ciężko wzdychając pozwala nam w końcu oddać dług w Uyuni.

Zaciskanie pasa i karnawał.
Powoli przejeżdżamy ulicami Uyuni. Kilkunastotysięczne miasto położone na wysokości przekraczającej 3600 metrów n.p.m. nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zaniedbane ulice, wszystko takie szarobure. Dla równowagi wszędzie kręcą się kolorowi, rozbawieni ludzie.
- Bankomat? Pani! Za trzy dni może będzie działać, bo teraz to mamy karnawał! - macha ręką Indianka i szybko zmienia temat. - Mam do sprzedania kilkudniową wycieczkę na Salar de Uyuni - najlepsza cena!
Wycieczki nie chcemy. Chcemy oddać długi, znaleźć nocleg. Sprawdzamy na własne oczy - bankomat z widniejącym "24h" rzeczywiście nie działa. To jedyny w mieście. Staramy się zasięgnąć języka i poznać przyczynę awarii.
- To nie awaria! Bank zamknięty to i bankomat nieczynny. Jutro zadziała!
- Pewnie zabrakło w nim pieniędzy! Nic nowego.
- A bo ludzie jak głupi wpychają karty na siłę! Już kilka kart tkwi w środku i o!
Każdy ma swoją teorię na temat bankomatu, której byłby w stanie bronić jak lew. My tymczasem mamy marnych parę pesos argentyńskich. Wybieramy teorię dotyczącą bankomatu - tę, która nam najbardziej pasuje i mamy nadzieję, że się sprawdzi. Chilijczycy widząc co się dzieje umarzają dług, kierowca z bileterem odjeżdżają w dalszą trasę. Nie wiemy czego się spodziewać po naszym pobycie w Uyuni. Nocleg załatwiamy dając pod zastaw paszporty - przed czym nas ostrzegano - lecz nie mamy wyjścia.
Karnawał trwa w najlepsze. Parada na głównej ulicy. Gra orkiestra, młodzi ludzie tańczą na ulicy a widownia obrzuca ich balonami z wodą. Krzyki, radość, śpiewy. Tylko nam nie do końca do śmiechu. Przeciskamy się w tłumie w poszukiwaniu kantoru. Wielkie "PLASK!" i po plecach cieknie zimna woda. Jesteśmy bombardowani balonami, ostrzeliwani karabinami wodnymi. Do pokoju wracamy jak zbite psy - ale najważniejsze, że z garstką boliwianów. Starczy na pierwszy nocleg i jakiś chleb z wodą. Jutro będziemy się martwić dalej. Czyli "mañana".

Julieta i karnawału ciąg dalszy.
Biuro jakich wiele. Wyróżnia je to, że z pośród nielicznych ma logo kart płatniczych i można w nim płacić kartą (bo jak się już przekonaliśmy to logo kart płatniczych w Boliwii wcale nie świadczy o tym, że karty te akceptują). W tym upatrujemy naszą szansę i zaczynamy optymistyczną rozmowę z kobietą pracującą w biurze podróży Julieta, które organizuje wycieczki na Salar de Uyuni i nie tylko. Krok po korku wyjaśniamy naszą sytuację i patrzymy na uśmiechniętą od ucha do ucha, kiwającą się twarz.
- Nie ma problemu!
Tak, z niczym nie ma problemu. W biurze wycieczkowym załatwiamy nie tylko trzydniową wycieczkę po południowej części regionu Potosí, ale także noclegi w Uyuni i bilety autobusowe na przejazd do granicy argentyńskiej. Wszystko na kredyt. Póki bankomat nie raczy zadziałać. Uśmiech na twarzy Indianki znika dopiero wtedy, gdy po wcześniejszych zapewnieniach, że wycieczki odbywają się codziennie, chcemy zarezerwować miejsca na ostatni dzień karnawału:
- Yyy… Chyba lepiej będzie w środę. - oznajmia z poważną miną.
- Ale przecież wycieczki są codziennie. Nie ma miejsc?
- Jeszcze są, ale możliwe że kierowca będzie pijany. I nie pojedziecie w ogóle, albo dopiero po południu.
- Kierowca pojechałby w trasę pijany? - pytamy z niepokojem.
- No przecież mamy KARNAWAŁ! - znów wielki uśmiech na twarzy.
Nie musi nas przekonywać. Rezerwujemy miejsca na pierwszy dzień po zakończeniu tego szalonego karnawału, upewniając się, że wówczas kierowca już na pewno nie będzie pijany (choć tego pewnie i sam kierowca by w tej chwili nie potwierdził). Na odchodne dostajemy dwie pełne garście liści koki na spróbowanie.
Odczuwamy ulgę. Wreszcie możemy rozejrzeć się po Uyuni oczami turystów. Fascynują mnie Indianki poubierane w tradycyjne stroje. Pofałdowane spódnice do kolan, rajstopy, sandały. Przeróżne bluzki i sweterki, a na głowach przymałe meloniki. No i koniecznie długie do pasa, grube, czarne warkocze. A na plecach kolorowe tobołki służące do przenoszenia wszystkiego - od zakupów po dzieci. Największe wrażenie wywiera na nas staruszka, która przed sklepikiem stawia na wzorzystym materiale skrzynkę piwa, zawiązuje tobołek i z wysiłkiem zarzuca na plecy. Na ulicach panuje pełna beztroska. Należą one do pieszych. Tu i ówdzie kręcą się karnawałowe orkiestry. Dorośli piją, z biegiem dnia stają się coraz bardziej bezwładni, aż w końcu część z nich zalega gdzieś pośrodku miasta. Dzieci strzelają z pistoletów wodnych, szaleją. Raz na jakiś czas ulicą przejeżdża rozpędzony, jednostajnie trąbiący samochód - informując w ten sposób pieszych i wałęsające się psy o swojej obecności. W otwartych sklepikach ulicznych często nie można spotkać nikogo - łącznie ze sprzedawcą. Zachodzimy do biura, w którym można kupić bilety do Argentyny. Tuż po przekroczeniu drzwi uderza nas zapach alkoholu i szybko orientujemy się, że pracownicy nie będą w stanie udzielić nam żadnej konkretnej informacji. No przecież trwa karnawał!
Po południu (zwiedzenie całego miasta zajęło nam niecałe dwie godziny) zalegamy w hostelu. Wysokość nad poziomem morza, na jakiej się obecnie znajdujemy, nie jest znaczna, ale mimo wszystko odczuwalna. Lekki ból głowy, szybkie i mocne bicie serca, próby wzięcia głębokiego oddechu - niestety nieudane. Odpoczywamy, odpływamy… i BRZDĘK! - zderzają się dwa talerze. Przed drzwiami naszego pokoju lokuje się chyba największa z karnawałowych orkiestr - obstępuje całe piętro i szykuje się do karnawałowego, mocno zakrapianego alkoholem, koncertu. Trwał z godzinę.
Ostatni dzień karnawału zaczął się o szóstej rano trzaskającymi petardami. Miał być najbardziej hucznym dniem. Wielką fiestą. Jednak tak naprawdę wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy nie mieli już na nic sił i był to nasz najspokojniejszy boliwijski dzień do tej pory. Większość dnia spędzamy na mieście, obserwując dogorywającą zabawę i przesiadając się z ławki na ławkę - dla urozmaicenia.
Następnego ranka adrenalina nie daje nam spać. Koniec karnawału oznacza powrót wszelkich instytucji i punktów usługowych do życia. Wyruszamy zatem w stronę bankomatu. Nie jesteśmy sami. Przed bankomatem stoi już w poprzek ulicy trzydziestoosobowa kolejka.
- No pięknie - myślimy - nawet jak bankomat zadziała, to zabraknie dla nas pieniędzy!
Ustawiamy się grzecznie, a za nami kolejni turyści. I czekamy. Bankomat nie działa. Bank już otwarty, przy wejściu kręci się ochroniarz. Ktoś gdzieś powiedział, że bankomat czeka na dostawę pieniędzy. Oczekiwanie w nerwach potrwało jeszcze około czterdziestu minut, kiedy to nagle… Pierwsza osoba z kolejki odwraca się do oczekującego tłumu i w geście triumfu podnosi kilka banknotów boliwijskich do góry. Zdawało się, że owacjom nie będzie końca! Nie mija kolejne czterdzieści minut i my również jesteśmy uratowani a ściskając plik boliwianów odczuwamy powiew cywilizacji.
Nasz trzydniowy wyjazd opóźnia się mniej więcej dwie godziny. Przy głównym placu Uyuni kłębią się niecierpliwi turyści, kierowcy, kucharki. Wszyscy prędzej czy później odjeżdżają. Dostajemy informacje że też lada chwila ruszymy, tylko musimy poczekać, bo zabrakło kierowców. Jednak w końcu i my jedziemy!

Salar de Uyuni i okolice.

Pędząc po płaskiej jak stół, solnej powierzchni kierowca żegna się i wyrzuca za okno garść liści koki. To samo robi jego towarzyszka Dalia - nasza kucharka. Mijamy krzyże.
-Przed niecałym rokiem zdarzył się tutaj wypadek. Dwa samochody z turystami zderzyły się czołowo. Trzynaście osób zginęło, w tym dziesięcioro turystów - tłumaczy kierowca. Liście koki są darem dla dusz zmarłych.
Informację przyjmujemy z niedowierzaniem. Dookoła nas, po horyzont, ciągnie się tafla salaru. Nic poza tym. A jednak niestety. Jak nam mówi później nasz kierowca, jeden z kierujących samochodami był pod wpływem alkoholu, co się niestety wciąż często zdarza.
Salar de Uyuni zachwyca. Zachwyca przestrzenią i prostotą. Wciąga. Będąc tam zapominamy o wszystkich sposobach na jakie dokuczył nam do tej pory pobyt w Boliwii. Franc - kierowca i przewodnik w jednej osobie - posiada niemałą wiedzę na temat tego regionu. Odkąd skończył służbę wojskową kilka lat pracuje wraz z Dalią wożąc turystów po solnisku. Obydwoje mają po 20 lat.
Pierwszego dnia odwiedzamy cmentarzysko pociągów pod Uyuni. Widok przyprawia o dreszczyk: na pustkowiu ciągną się jeden za drugim nagie szkielety lokomotyw. Następnym punktem wycieczki są m.in. Colchani - niewielka wieś utrzymująca się niegdyś z wydobycia soli i wyrąbywania cegieł solnych - obecnie głównie z obecności turystów zachwyconych budynkami i rzeźbami z soli oraz sposobem życia Indian regionu Potosí. Na więcej uwagi zasługuje Incahuasi - wyłaniająca się z solnego morza wyspa porośniętymi ponad tysiącletnimi kaktusami.
Wyjeżdżając z Salaru de Uyuni na "ląd" mijamy dwóch rowerzystów. Zatrzymujemy się przy nich i chwilę rozmawiamy. Kierowca odradza im wjazd na solnisko i poleca zostać na noc w pobliskiej wiosce. Ostrzega przed nadchodzącym deszczem, po którym solnisko zamienia się w głębokie na kilka centymetrów jezioro, przed niskimi temperaturami jakie mogą ich zastać nocą, przed trudną orientacją w terenie. Rowerzyści jednak są nieugięci, pytają, czy mamy nadmiar jedzenia. Oddajemy im chleb, jaki nam został i chcemy również podarować wodę, jednak odmawiają. Ruszają przed siebie, wjeżdżają na białą taflę. My w przeciwnym kierunku. Kierowca macha ręką i podsumowuje ich upór:
- Nie przeżyją!
Nocleg miał się odbyć w hotelu z soli. Hotel jest oczywiście w stanie przyjąć ograniczoną ilość gości, jednak każda agencja, w tym Julieta, organizująca wycieczki po regionie Potosi proponuje takie noclegi. Nie ma możliwości rezerwacji, więc nie trudno się domyślić że część turystów musi szukać innego noclegu. I wśród tej grupy znaleźliśmy się i my. A nocleg znajdujemy na szczęście kilkadziesiąt minut drogi stamtąd, w wiosce San Juan.
Następnego dnia wjeżdżamy na tereny wulkaniczne. Dookoła nas wznosi się kilka potężnych stożków. Lazurowe niebo mocno kontrastuje z ciemnożółtymi skałami, pokrytymi gdzieniegdzie twardą skorupą żywo zielonych mchów. Wśród kształtów skał dopatrzeć się można całego zoo, a największym powodzeniem fotografujących cieszy się skała w kształcie głowy jaguara. Z biegiem czasu znajdujemy się na coraz wyżej położonych terenach. Kierowca popisuje się umiejętnościami jazdy terenowej i możliwościami samochodu. Jednak w pewnym momencie zatrzymuje się i mówi, że kawałek musimy przejść pieszo, bo z takim obciążeniem nie podjedzie pod górę. Franc wskazuje nam mniej więcej kierunek, w którym mamy iść i rzuca zza kierownicy:
- Tylko patrzcie pod nogi bo tu są skorpiony!
Pustynie, wulkany, laguny ze stadami flamingów, skały rzeźbione wiatrem i drobinkami piasku, które niesie. Dzień pełen wrażeń kończy się chorobą wysokościową i trudnościami z oddychaniem. Bóle głowy, ciężka noc. Jedyna pomoc, jaką co bardziej pechowi turyści mogą otrzymać to słowa otuchy i liście koki do żucia. W razie poważnej reakcji organizmu na rozrzedzone powietrze, na nic więcej nie można liczyć.
Kolejnego ranka ruszamy jeszcze przed wschodem słońca. Jedziemy oglądać największy w okolicy gejzer Sol de mañana - o tej porze dnia rozgrzane wyziewy są najintensywniejsze. Wysiadamy z samochodu w egipskich ciemnościach. Powoli zaczyna się zarysowywać horyzont, niebo blednie. Ciężko usłyszeć własne myśli w tym silnym szumie i bulgotaniu gorącego błota. Ciężko również zrobić zdjęcie gejzerowi w ciemności. Franc podświetla go reflektorami samochodu, zjeżdżają się kolejni turyści. Ziemia jest rozgrzana od zebranej pod powierzchnią magmy, my natomiast poruszamy się po polu lawowym.
Zastanawiamy się co będzie dalej, skoro nasze organizmy - mniej lub bardziej poważnie - odczuły wysokość 4300 metrów nad poziomem morza. Dziś najwyższy punkt będzie na 5400 metrów. Pewne obawy się w nas budzą - wahamy się czy jechać dalej, czy zostać w miejscu przy gorących źródłach, gdzie mamy postój na śniadanie i poczekać aż Franz z Dalią będą wracać. O naszych przemyśleniach rozmawiamy z Francem.
- Na 5400 metrach już byliśmy przed wschodem słońca - właśnie tam, gdzie podziwialiście gejzery. Od teraz będziemy już tylko zjeżdżać.
Wiadomość ta nieco nas zaskakuje, ale i niezmiernie cieszy. Spokojnie rozkoszujemy się więc widokiem oparów unoszących się nad gorącymi źródłami, oświetlonych promieniami wschodzącego słońca.

Niezapomniany powrót.

Sam powrót przez region Potosi do Uyuni był prosty i praktycznie rzecz biorąc już bez przystanków. Jednak to, co nas spotkało przy wyjeździe z Boliwii otworzyło kolejny rozdział przygód podczas naszego pobytu w tym kraju.
Mija 5:00 rano. Idziemy na ulicę, która na całej swej długości jest dworcem autobusowym. Do odjazdu mamy jeszcze godzinę, spokojnie więc szukamy miejsca, z którego odjedzie właściwy autokar. Nie jesteśmy zaskoczeni tym, że każdy ma na ten temat inne zdanie. Przechodzimy od jednej do drugiej grupki gromadzących się podróżnych w poszukiwaniach osób udających się w kierunku granicy. Zaczyna świtać i przenikliwe zimno nie daje nam ustać w miejscu. Godzinę temu mieliśmy odjechać. Staramy się zasięgnąć języka w dwóch otwartych biurach sprzedających bilety autokarowe, ale żadne z nich nie jest przypisane temu autokarowi. W jednym z nich szukam schronienia przed zimnem i omotana szalikiem, w czapce i rękawiczkach siadam naprzeciwko Boliwijki, która do pracy przyszła ze swoim niedawno narodzonym dzieckiem. Po kilku minutach zostaję nawet poproszona o doglądanie maleństwa, gdyż ona musi gdzieś wyjść na pięć minut. Modląc się, by dziecko nie zaczęło płakać nerwowo wyglądam na zewnątrz w oczekiwaniu na autokar.
- Pewnie nie może dojechać do Uyuni - padało w górach i drogi mogą być nieprzejezdne. Musicie poczekać - "uspokaja" Boliwijka po powrocie do biura. - Albo kierowca jest pijany.
Pijany? I mówi to znowu z takim spokojem, jakby była to dla nich codzienność. Jazda z pijanym kierowcą z Uyuni do argentyńskiej granicy to samobójstwo. Z początku droga jest prosta i płaska, ale z biegiem czasu wjeżdża się w góry. Zakręty, strome podjazdy, złe warunki pogodowe. O żadnych środkach bezpieczeństwa nie ma mowy. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać co będzie. Ceny wypożyczenia samochodu do granicy, pewnie wzięte z kosmosu, rzuciły nas na kolana. Najwyżej jak nie dziś, to jutro odjedziemy…
Po trzech godzinach czekania nadjeżdża autokar. Jego stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Jak wiele przekonamy się później. Podejrzliwym wzrokiem oceniamy kierowcę, który jednak wydaje się być trzeźwym. W wielkim chaosie i przepychankach wreszcie zajmujemy miejsca w środku. Jak się okazuje miejsc nie starczy dla wszystkich. Nie ważne, wszystkim turystom maluje się ulga na twarzy, że odjeżdżamy - nie istotne gdzie i w jakiej pozycji - przecież to tylko osiem godzin, co na warunki południowoamerykańskie to naprawdę niewiele!
Zaczęło się niewinnie. Około dwudziestu minut za Uyuni drogę przecięła rzeczka. Kierowca zatrzymał się, poprzyglądał, w końcu wysłał swojego pomocnika (przypuszczamy, że był on mechanikiem, a sądząc po wyglądzie autokaru jego interwencja mogłaby być konieczna podczas dalszej podróży) do zbadania dna rzeki. Chłopak zdejmuje buty i brodzi z jednej na drugą stronę płynącej wody. Nie jest źle.
Dojeżdżamy do następnej, większej rzeki. Przed nami czeka kilka samochodów terenowych. Z lewej strony ponad rzeką przechodzi most kolejowy. Z prawej strony - most drogowy ledwo nadający się do przejścia pieszego, nie mówiąc o przejeździe! Kierowca ocenia sytuację - nie jest najlepiej. Brodzenie w rzece sprawia trudności i wyraźnie widać siłę nurtu. Może nie jest najlepiej, ale nie jest źle. Kierowca stwierdza, że gdyby dociążyć autokar jest szansa na przejechanie. Rozpoczynamy więc akcję przekładania bagaży z luku na dach. Do autokaru wchodzą też niektórzy pasażerowie z innych samochodów, upatrując w naszym środku lokomocji większe szanse dojechania do pobliskiej wioski. Silnik ryczy, koła zanurzają się w wodzie, nieco nas kołysze, ale przejeżdżamy! Akcja kończy się sukcesem i owacjami. A po drugiej stronie, w malutkiej wiosce wysadzamy pasażerów samochodów terenowych.
Mina rzednie po kolejnych dwudziestu minutach drogi. Przed nami kipiel. Szeroka na kilkanaście metrów, spieniona kipiel. Próbujemy rozmawiać z kierowcą proponując powrót do Uyuni - przez rzeki, które już przecinaliśmy przejedziemy - z tą nie mamy szans, a nie wiadomo co będzie dalej!
- Nie. Poczekamy aż woda opadnie - powiedział kierowca, po czym zostawił wszystkich i powędrował ze swoim pomocnikiem drogą, którą tu dojechaliśmy, aż jego malutka postać zniknęła nam z pola widzenia.
Czekać? Aż woda opadnie? Nad nami piękne, palące słońce. Ale co jeśli w górach pada? Przecież poziom wody się nie zmieni. Nie mamy co do niczego pewności, wokół nas wydmy, na horyzoncie góry, z których wyłania się wstążka zmąconej, rudobrązowej wody. Podróżni obsiadają pobliskie wydmy i nie pozostaje nam nic innego jak wymuszone delektowanie się przestrzenią i ciszą. Też zaczynamy podchodzić do naszej sytuacji z dystansem. Odkładamy nasze europejskie zwyczaje na bok. Nie mamy przecież żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nadzieja wzrosła dopiero wtedy, gdy z naprzeciwka nadjechał samochód i zatrzymał się przed brzegiem rzeki. Skoro samochód terenowy dojechał do tego punktu to nasz autokar tym bardziej sobie poradzi!
Czas płynie. Już dokładnie tego nie kontrolujemy, ale mniej więcej po dwóch godzinach z kierunku w którym poszedł kierowca przyjeżdża na rowerze starsza Boliwijka z dwoma wiadrami. Z początku gromadzi się wokół niej grupka miejscowych podróżujących autokarem, ale z biegiem czasu zainteresowania nie ukrywamy i my. Kobieta przywiozła kilka talerzy i naprędce ugotowaną - jeszcze ciepłą - potrawę. Jesteśmy zachwyceni! Wszyscy wyciągają boliwiany z portfeli i walczą o kolejne napełniane talerze. Ledwo starczy dla wszystkich zainteresowanych. Kobieta co rusz zabiera puste talerze, zanurza w jednym wiadrze z wodą, wyciera ściereczką oraz nalewa zupę z ziemniaków i mięsa lamy z drugiego. Jemy, bo nasza podróż łącznie z czekaniem na odjazd trwa tyle, ile miał trwać dojazd do samej granicy. Przynajmniej żołądki odczuwają ulgę.
W trzeciej godzinie daje się zauważyć, że woda mniej się pieni i jej poziom powoli opada o czym świadczą wynurzające się tu i ówdzie kamienie. Czekamy z niecierpliwością na kierowcę i jego ocenę sytuacji. I tak podczas tego czekania usłyszeliśmy coś, co sprawiło, że poczuliśmy się tak inaczej… Po drugiej stronie przejścia w autokarze siedzi mała dziewczynka nie odrywając od nas wzroku. Co chwila szepcze coś na ucho swojej babci, która również patrzy na nas, jednak bardziej z pogardą niż zainteresowaniem. Babcia tłumaczy coś po cichu dziewczynce, z czego wyłapujemy tylko słowa "gringos". Po tym dziewczynka traci zainteresowanie nami i stajemy się dla niej powietrzem. Rzeczywiście - spotkanie w Uyuni mieszkańca, który szczerze się do nas uśmiechał i był przyjazny było niezwykle trudne. Turyści to źródło zarobku - często jedyne. Można więc lubić nasze pieniądze, ale nie ma potrzeby się z nami spoufalać. Wyjątkami, od których czuć było powiew niewymuszonej sympatii była pracownica biura w którym załatwialiśmy wycieczkę na Salar de Uyuni oraz Franc i Dalia. Jakby nie patrzeć zarabiali na nas, ale nie ukrywali uczuć - śmiali się razem z nami, rozmawiali chociaż nie musieli, częstowali liśćmi koki.
Cztery godziny minęły. W oddali pojawiają się dwie sylwetki. Kierowca z pomocnikiem przynoszą z wioski łopaty i biorą się za rozkopywanie urwistego brzegu i profilowanie zjazdu do wciąż rwącej rzeki. Przy nieprzerwanie pracujących łopatach zmieniają się kolejni pasażerowie. Na drugim brzegu stoi już kilka samochodów - dobry znak. Kiedy zdaje się, że wjazd do rzeki jest wystarczająco bezpieczny prace zostają przerwane. Wszyscy zajmują miejsca w autokarze a kierowca uruchamia silnik. Miny nie ma pewnej, ale powolutku rusza przed siebie. Autokar mocno przechyla się do przodu, zaczyna kołysać się a koła nikną w całości pod wodą. Powolutku rusza się na przód. Wszyscy siedzą lub stoją w ciszy, marszcząc brwi w skupieniu, jakby to miało pomóc. Sama powtarzam w myślach "uda się, uda!" i czuję jak serce podskakuje mi do gardła gdy autokar wykonuje gwałtowny przechył na stronę, po której siedzę. Widzę jak w ułamku sekundy wciąż spieniona brązowa powierzchnia wody zbliża się nagle do okna przez które wyglądam. Silnik się krztusi, autokar kolebie ale wyjeżdża na drugą stronę. Momentalnie ogarnia nas szczęście i dopiero teraz dostrzegamy doping ludzi zebranych na drugim, tak długo oczekiwanym brzegu rzeki.

Dalszy test cierpliwości.
Podczas dalszej podróży przeszkody stawiane przez przyrodę stają się już tylko tłem naszej jazdy. Przejeżdżamy przez kilka pustych, rozległych koryt rzek, które jeszcze kilka godzin temu niosły wodę, mamy krótki postój w wiosce, gdzie kusimy się na mięso lamy z kukurydzą serwowane w plastikowych workach. Wjeżdżamy w tereny górzyste i od tego czasu nękają nas problemy natury technicznej. Wysłużony autokar nie radzi sobie z nachyleniem terenu - wnętrze autokaru wypełnia smród palonej gumy i duszący dym. Stajemy. Do akcji wkracza pomocnik kierowcy i kolejnych kilkoro Boliwijczyków. Dyskutują, majstrują, znajdują doraźne sposoby na złagodzenie awarii i ruszamy dalej. Do pierwszego oficjalnego postoju dojeżdżamy późnym popołudniem. O tej porze mieliśmy być w Argentynie a pokonaliśmy zaledwie sto kilometrów. Będąc pasażerami tego autokaru jesteśmy świadkami jego naturalnej śmierci. Kierowca informuje nas, że za niecałą godzinę dojedzie do położonego w górach miasta Atocha autokar, do którego będziemy musieli się przesiąść, gdyż ten jest w tak złym stanie, że jazda przez góry dzielące nas od granicy jest zbyt niebezpieczna. Słońce chyli się ku zachodowi. Pasażerowie rozchodzą się po pobliskim targu i zaopatrują w prowiant przewidując, że nasza podróż jeszcze trochę potrwa. Karnawał, mimo że oficjalnie skończył się kilka dni temu - trwa w Atochy w najlepsze. Orkiestry z hukiem snują się po mieście, dzieci biegają po ulicach, strzelają race.
Kierowca pojawia się z kolejnym obwieszczeniem - zapowiedziany autokar nie przyjedzie i pojedziemy tym, mimo wcześniejszych zapewnień, że w ogóle nie nadaje się on do dalszej drogi. I jest jedno "ale": ruszymy dopiero jutro.
Niewygodna, długa noc. Wszyscy zwinięci w kłębki na swoich siedzeniach próbują zasnąć. Nie jesteśmy już na takiej wysokości jak w Uyuni, ale w górach też jest zimno, a dookoła nas przetaczają się burze. Droga byłaby bardzo niebezpieczna. Opatulamy się kurtkami i tak przeczekujemy kilka długich, zimnych godzin podczas gdy kierowca i miejscowy mechanik dosłownie rozkładają przednią część autokaru na części. Po piątej rano rozgrzewają silnik i powoli ruszamy w kierunku następnego miasta - Tupizy.
Rozkoszuję się widokiem. Wschodzące słońce, podnoszące się mgły, góry obsypane kaktusami. Droga wijąc się po zboczach robi piorunujące wrażenie. Jazda nią w ciemnościach, podczas deszczu, byłaby szaleństwem, w czym utwierdził mnie wrak autokaru leżący u podnóża jednego ze stoków. Z biegiem czasu mgła znika na dobre a my wjeżdżamy w dolinę rzeki. Teren robi się coraz bardziej płaski i jeszcze piękniejszy. Dolina kipi zielenią, zza niej wyłaniają się ciemnoczerwone, najeżone ostrymi iglicami formacje skalne. Widoki kojarzące się raczej z Wielkim Kanionem Kolorado. A do tego rozciągające się piękne wsie boliwijskie z kamiennymi chałupkami krytymi strzechą. Widok zupełnie odmienny od tego, co do tej pory widzieliśmy w Boliwii. Miejsce warte poświęcenia dużej ilości czasu. Boliwia ma wiele twarzy, których nie mamy czasu poznać. Jest niezwykle barwnym i ciekawym krajem pod wieloma względami.
Docieramy do Tupizy, gdzie przesiadamy się w kolejny autokar, niewiele bardziej sprawny od poprzedniego, i już bez przeszkód jedziemy do Villazón - miasta położonego na granicy z Argentyną.
To, co się w nim dzieje jest trudne do opisania. Znów trwają jakieś niezrozumiałe dla nas festyny i zabawy. Setki, tysiące ludzi czekają na przekroczenie granicy. Poddaje się ich po kolei kontroli ze względu na nagminny przemyt liści koki (na które właściwie strażnicy czasem przymykają oczy gdyż w północnej Argentynie są również popularne) a nawet kokainy. Po blisko godzinie tkwienia w nieporuszającej się kolejce argentyńscy strażnicy wyłapują nas i innych turystów, każą odejść na bok, oddać paszporty i czekać. W międzyczasie jesteśmy świadkami wciągnięcia flagi na maszt. Wszyscy zachowują powagę i ciszę, a jednego z Boliwijczyków, który przy tej okazji nie zdjął czapki z głowy, czeka nieprzyjemne tłumaczenie się ze swojego braku szacunku dla sztandaru argentyńskiego i ostre, niemal fizyczne pouczenie. To nie jedyny przejaw gorszego traktowania tej nacji. W autokarze, którym ruszamy nocą od granicy, przeważają Boliwijczycy. Co dwie godziny zatrzymują nas patrole policyjne, każdy pasażer musi wziąć cały swój bagaż i ustawić się w kolejce do kontroli. My, jako "gringos", jesteśmy puszczani po pierwszym rzucie oka na paszport. Boliwijczycy nierzadko są zmuszeni zbierać swoje rozsypane, przegrzebane rzeczy osobiste i ze stoickim spokojem pakować na nowo. Kilka torebek liści koki wpada w ręce policji, ale po groźnym spojrzeniu mimo zakazów z powrotem do bagażu właściciela i możemy jechać dalej.

dodal: cejot (21 grudnia 2009)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony