Piąte miejsce w Europie dla naszej osady MIX !

5 miejsce w Europie! Elita jest blisko

To wcale nie sen. Z rozegranych w Budapeszcie Klubowych Mistrzostw Europy powróciliśmy z piątym miejscem! W kategorii Premier MIX, jednej z dwóch najbardziej prestiżowych!!! Przed nami - tylko trzy renomowane ekipy niemieckie oraz najlepsi z licznie reprezentowanych gospodarzy - Węgrów. Za nami - cała reszta Europy, w liczbie niemal 20 klubów! ZNOWU ZROBILIŚMY DUŻY KROK NAPRZÓD!

To były trzy trudne, upalne dni - pełne wysiłku, wiary w sukces, poświęcenia, uporczywej walki. I wielkiej, wielkiej satysfakcji.
Ale po kolei...

Piękne miejsce
Do Budapesztu dotarliśmy - jako jedni z nielicznych - już na dwa dni przed rozpoczęciem zawodów. To kosztowało, jednak zapewniło nam możliwość odbycia trzech lekkich treningów - a więc luksus zapoznania się z łódkami i torem.
Byliśmy pod wrażeniem: nowiutkie łodzie - prosto z Chin, ojczyzny smoków - no i to otoczenie... Tor urządzono bowiem całkiem niedawno na terenach wcześniej zajętych przez przemysł. Nawet na najnowszym planie miasta nie oznaczono jeszcze parku, w jaki zamienił się ten zakątek węgierskiej stolicy. Wszystko tu było nowe: świeżutki (prosto z rolki?) dywan z soczystej trawy, młode (prosto ze szkółki?) drzewka, pięknie zakomponowane klomby wielobarwnie kwitnących roślin... Nic dziwnego, że już na długo przed zawodami proszono wybierające się na mistrzostwa ekipy o poszanowanie parkowej zieleni.
Wszystko to powstało wokół brzegów zatoki, jaką utworzył wąski półwysep oddzielający ją od głównego nurtu Dunaju. Podczas treningów i zawodów trzeba było uważać aby nie wypłynąć zbyt daleko. Potężny nurt wielkiej rzeki mógłby wszak porwać z sobą smoczą łódkę.

Piątek, 2000
Do wyścigu na dwa kilometry w klasie mix zgłosiło się dziewiętnaście osad. Z reguły w takim przypadku całą stawkę dzielono na podgrupy. Tym razem - po raz pierwszy widzieliśmy wyścig, do którego wystartowało jednocześnie aż tyle ekip. Jednocześnie - tzn. co 12 sekund, bo na tyle ustalono przerwy pomiędzy kolejnymi łódkami. Tak mała odległość gwarantowała już z góry ogromne emocje, albowiem wzajemne i wielokrotne wyprzedzanie na trasie było pewne. No i ten piękny widok aż dziewiętnastu zgromadzonych na starcie długich łodzi - a na nich w sumie ponad 420 zawodników!
Czekaliśmy na ten wyścig z niepokojem. Przed dwoma laty,w Petersburgu nasz mikst zajął w tej konkurencji odległe miejsce.
Tym razem przyjechaliśmy na europejski smoczy salon z większymi ambicjami. A pierwszy start miał pokazać na ile są one uzasadnione.
I rozgorzała walka. Wyglądało to dla nas nieźle,nasza łódka wyprzedzała kolejne ekipy. "Łyknąwszy" ich trzy - wylądowała ostatecznie na dziewiątym miejscu. Byliśmy zadowoleni: ewidentny postęp,a przecież nie przygotowywaliśmy się specjalnie do długodystansowej gonitwy.
Po tej udanej "wprawce" na dystansie 2000 m nasza ekipa pełna optymizmu udala się do hotelu, aby po krótkiej odprawie położyć się jak najszybciej spać. Już z samego rana czekał nas pierszy start na dystansie 20 m.

Sobota, 200m
O godzinie 8.00 (jak zwykle, przywiezieni autobusem podstawionym przez organizatorów)zawitaliśmy na tor regatowy, aby po rozgrzewce, w pierwszym biegu naszej kategorii(Premier Mikst) rozegrać wyścig awans do półfinału. Znaliśmy już swoich rywali z biegu na 2 km i wiedzieliśmy że mamy realną szansę aby znaleźć się od razu w półfinale. Warunek: zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc w tym wyścigu...
W końcu stanęliśmy na linii startu. 200 m to dystans w którym prawie wszystko może się zdarzyć (od pięknej wygranej do niespodziewanej porażki). Wyscig jest krótki i to start zazwyczaj decyduje o wszystkim.
Strzał startera... Wydawało się, że idzie nieźle ale... niestety, zabrakło nam niewiele i trzeba było walczyć w repasażach...
Tu już w pięknym stylu pokonaliśmy rywali i weszliśmy do półfinału, w którym jednak nie było tak, jak bysmy chcieli. Na pociechę - pozostał nam start w finale B.
Wiedzieliśmy, co trzeba poprawić i z determinacja ruszyliśmy z chęcią zdobycia 7 miejsca. Po 100 metrach bylismy na czele, gdy nagle... z przerażeniem ujrzeliśmy jak wjeżdża w nas łódka rywali z sąsiedniego toru, uderzając w naszą. Większość z nas odłożyła wiosła, myśląc, że bieg będzie powtórzony, lecz... tak się nie stało!
- Wiosłuj!!! - krzyk sterującego nam trenera wyrwała nas z osłupienia. Znów, z wściekłością, rzuciliśmy się do walki. Ta chwila zamieszania trwała może 2-3 sekundy, a wydawała się wiecznością. Niestety, nie zdołaliśmy dogonić już czołówki, do zwycięzcy biegu na mecie zabrakło nam pół sekundy. Mimo wszystko, w końcowej klasyfikacji zajęliśmy 9 miejsce, w tych okolicznościach nie takie złe.

Niedziela, 500m
Wstawaliśmy z łóżek z małym niesmakiem wiedząc, że nasz wynik mógł być wczoraj lepszy. Jednak najważniejsza walka miała się dopiero zacząć, gdyż każdy z nas wiedział o tym, że nasz koronny dystans to 500 metrów!
Podobnie jak w sobotę, nie dane było nam się wyspać, gdyż nasz bieg był zaplanowany na 9.15. Nasz cel w tym biegu był taki sam co wczoraj (wygrać!) i mieć więcej czasu na odpoczynek przed półfinałem.
I tak właśnie się stało. Wygraliśmy, po pewnym i spokojnym biegu. Półfinał zapewniony - teraz pozostało czekać aż powalczą o niego inni. Mieliśmy czas na regeneracje sił, ale też bezczynne czekanie to niepotrzebne myśli... Jak nam pójdzie? Półfinał to nie przelewki! Narastał przedstartowy stres.
Los chciał, że mieliśmy płynąć z tymi samymi osadami co w pechowo przegranym półfinale 200 metrów. Ta świadomość wzmagała naszą determinację. A jednak, i tym razem Wielki Finał okazał się nie dla nas. Znowu finał B. W odróżnieniu jednak od 200 metrów (6 miejsc w finale) - finał rywalizacji na 500 m liczy zaledwie cztery najlepsze osady. Tak więc, zwycięstwo w Finale B równoznaczne jest z zajęciem wysokiego, 5 miejsca. Było o co walczyć.

Bieg o wszystko!
To było nasze motto kiedy wchodziliśmy na łódkę. Ktoś mruczał pod nosem: "o wszystko", inny: "na maksa", jeszcze inny -" zajadę się"... albo i mniej cenzuralnie. W powietrzu czuć było niepokój, skupienie, wolę walki...

I poszli! Od samego początku szaleńcza walka o każdy chwyt wiosła, pociągnięcie - walka niesamowita, łeb w łeb smoczych głów. W połowie dystansu wydaje się, że nasi jednak i tym razem ulegną, ale tu wychodzi doświadczenie trenera, który widząc od steru, co się dzieje, daje sygnał wydobycia kolejnych, magazynowanych gdzieś podświadomie sił:
- Uwaga teraz chop - teraz, teraz, JAZDA!!!
To dla każdego zawodnika na łódce oznacza jedno: wrzuta! Więcej siły, szybsze tempo, albo... jedno i drugie!
I jest efekt! Z każdym uderzeniem wioseł dochodzimy czołówkę, ba - wydaje się że wygrywamy, ale to są Klubowe Mistrzostwa Europy, tu nikt tanio skóry nie odda. Teraz tamci kontratakują, dają z siebie wszystko. To jest taka chwila, gdy po nadgonieniu, chciałoby się troszkę odpocząć odpuścić na dwa ruchy - ale biada tym, co tak zrobią. Ta chwilka zawahania sprawi bowiem, że rywale po prostu odpłyną, niszcząc Twoją wiarę i determinację. I już nie wykrzeszesz z siebie sił, by ich gonić. Właśnie w tym momencie decyduje się zwycięstwo!
I teraz właśnie, 100 metrów przed metą, kiedy wydaje sie, że nie podołamy - z podwieszonych pod ławkami głośników uderza nas ryk sternika:
- K....! O WSZYSTKO!!!
To żądanie rzucenia na szalę ostatnich już, nie wiedzieć skąd branych, sił.
Do tej pory nie wiemy skąd je wzięliśmy, ale to zadziałało - jak płachta na byka! I jeszcze ten jeden raz łodż skoczyła do przodu, na ostatnich już metrach...
Cztery smocze łodzie ławą wpłynęły na linię mety. Długo nikt nie był w stanie określić kolejność. Sędziowie biedzili się nad obrazem fotokomórki,lecz każdy z czuł gdzieś w głębi, że to było TO! Wychodziliśmy z łódki radośni i uśmiechnięci, poklepywani przez kolegów i koleżanki którzy nas dopingowali.
W końcu - nadeszła wiadomość: "Jest, wygraliśmy!" Zwyciężyliśmy o 5 setnych sekundy, a cała czwórka ścigających się osad zmieściła się na mecie w nieco ponad pół sekundy!
5. miejsce w Europie stało się faktem! To był bieg jak marzenie i to z happy end-em!!!
Teraz marzymy, że za 2 lata, W Kijowie, będziemy na podium. Bo marzenia się spełniają.

PS. Podziękowania dla wszystkich którzy zorganizowali wyjazd do Budapesztu, tych, którzy płynęli,dopingowali, byli sponsorami i trzymali za nas kciuki.

cejot i Wojtek Wodziński

dodal: cejot (18 lipca 2009)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony