Trzy setki do Lwowa!

Ponad 300 osób z Polski, Rumunii i Litwy wystartowało w tegorocznej 12. edycji Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych rozegranej podczas długiego, majowego weekendu. Tym razem trasa licząca blisko 850 kilometrów wiodła z Sopotu do największego miasta zachodniej Ukrainy - Lwowa.

Dystans ten najszybciej pokonali mieszkańcy Lubelszczyzny - Kamil Choina z Lubartowa i Katarzyna Łyjak z Kraśnika. Wystarczyło im zaledwie 12 godz. 20 min. by znaleźć się na mecie we Lwowie-Basiwce. Wicemistrzami zostali zaś mieszkańcy Pomorza - Adrianna Ficht i Dominik Grajewski, którzy we Lwowie zameldowali się po 13 godz. 43 min.

Na metę zawodów zgłosiło się blisko 180 zawodników z ponad 270 biorących udział w imprezie. Część zrezygnowała na trasie (około 60 osób), część postanowiła zaś zatrzymać się w centrum miasta nie osiągając ostatecznie punktu mety.

Szczegółowa relacja autorstwa Przemka Lisowskiego i Ani Affa poniżej...

(witek)


OFICJALNE FORUM IMPREZY:
http://www.klubp(...)php?f=38


ZDJĘCIA:
Rafał Kulwiec
Barbara Zajączkiewicz
Obrazek

MATERIAŁY FILMOWE:
Marcin "Bono" Adamski
http://www.youtu(...)fnabVS5I
Obrazek

Andrzej "Stasiu" Szypulski
http://tvpw.(...)ostopowe

Piotr "Pedro" Janeczko
http://www.youtu(...)Yng3yeU4



ORGANIZATOR:
Obrazek

WSPÓŁORGANIZATOR:
Obrazek

PATRONI HONOROWI:
Obrazek
Jan Kozłowski
Marszałek Województwa Pomorskiego

Obrazek
Jacek Karnowski
Prezydent Miasta Sopotu

PATRONI MEDIALNI:
Obrazek

Obrazek

SPONSORZY:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Przemek Lisowski, Ania Affa
800 km podróży za jeden uśmiech

Jest połowa kwietnia, a ja gorączkowo zastanawiam się jak spędzić weekend majowy. W tym roku niedługi, gdyż tylko 3 dni. Dalekich wypadów, zatem nie warto planować, choć… No właśnie, a może jednak. Propozycja pojechania na XII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopu na trasie Sopot - Lwów wydaje się być bardzo kusząca. Jedyny i dosyć poważny mankament tego pomysłu to czas, a w zasadzie jego brak: w 3 dni zrobić trasę Wrocław - Sopot - Lwów - Wrocław. Toż to prawie 2000 km!!! W tym około 800 km na stopa, po polskich i ukraińskich dogach (sic!). Niemożliwe? Posłuchajcie…

Po nocnej podróży z Wrocławia (ściśnięci na korytarzu jak sardynki w puszce), meldujemy się na starcie mistrzostw w Sopocie. Ania jest już na miejscu około 9 rano, ja dojeżdżam dopiero o 11.30 - tak to bywa, kiedy poprzedniego dnia człowiekowi przypomina się, iż zostawił paszport w domu w Opolu i trzeba najpierw jechać po dokument, a później migiem dołączyć do partnerki podróży.

Start zaplanowany jest na godzinę 12. W samo południe przed Europejską Szkołą Hotelarstwa, Turystyki i Przedsiębiorczości w Sopocie tłoczy się prawie 280 uczestników tegorocznych zawodów. Wszyscy z uśmiechem na twarzy, pełni entuzjazmu i wiary we własne możliwości. Każda para (w mistrzostwach brały udział drużyny 2-osobowe) z własną taktyką na drogę, podpartą ciekawymi, oryginalnymi i często śmiesznymi napisami na tablicach np. "byle dalej", "chociaż 1 km", czy też w naszym przypadku "biedni studenci". Niektórzy mieli nawet duże dmuchane łapy do "stopowania".

Około godziny 12.30 po krótkich przemówieniach organizatorów, przedstawicieli władz lokalnych i sponsorów, 140 par ruszyło w kierunku drogi głównej prowadzącej na Gdańsk oraz stacji kolei podmiejskiej. Tu muszę przytoczyć jeden z punktów regulaminu XII MMA - w aglomeracjach miejskich pow. 100 tys. mieszkańców uczestnicy mogli poruszać się z wykorzystaniem transportu publicznego (autobusy, tramwaje, kolej podmiejska itd.). Tak też zrobiła większość drużyn (my także) i już po niecałej godzinie byliśmy na wylotówce z Gdańska w kierunku Warszawy.

I w tym momencie rozpoczęła się prawdziwa rywalizacja. Wyobraźcie sobie prawie 300 osób łapiących okazję na jednej drodze na przestrzeni kilkunastu kilometrów! Najbardziej podobała nam się atmosfera wśród autostopowiczów. Nikt nie miał chorych ambicji, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Większość traktowała start w MMA, jako dobrą zabawę i możliwość przeżycia niezapomnianej przygody. Dlatego też pomimo dużej konkurencji na drodze, wszyscy byli mili i pomagali sobie w razie potrzeby. I wierzcie mi, widok takiej "masówki" łapiącej stopa już sam w sobie był dla nas niezwykłym przeżyciem.

No to zaczynamy! Stoimy na obrzeżach Gdańska wraz z parą autostopowiczek niedawno poznanych na starcie. Tylko 2 pary w jednym miejscu - jest nieźle. Patrząc na inne przystanki autobusowe gdzie stało po cztery, pięć, czy nawet więcej teamów mamy szansę wydostać się z miasta dość szybko. Po 10 minutach następuje pierwsza chwila zwątpienia u Ani - kurczę chyba nie złapiemy tu okazji. Jak na przekór jej słowom, dosłownie po minucie zatrzymuje się samochód i wyruszamy w pierwszy odcinek podróży do Elbląga. Uradowani i rozpromienieni siedzimy w aucie zabawiając rozmową kierowcę, a tu nagle Ania otrzymuje SMSa od koleżanek stojących na tym samym przystanku: "zostawiliście namiot"! W zasadzie to ja zostawiłem i najgorsze jest to, iż namiot ten jest pożyczony. W tym momencie cały dobry humor prysł, jednakże nie na długo. Koniec końców, stwierdziliśmy, że nasz przenośny domek jest teraz w lepszych rękach. A ponieważ i tak zamierzaliśmy jechać ciągiem do Lwowa bez noclegu, więc dopiero na miejscu przyda nam się namiot. Od tego czasu kibicowaliśmy, aby dziewczyny dotarły szybciej od nas na metę.

W ten sposób dalej w dobrych nastrojach i pełni optymizmu jechaliśmy do Elbląga. O godz. 14.15 wysadzono nas przy restauracji przydrożnej i małej stacji benzynowej. Miejsce wydawało się idealne, lecz… wraz z kilkunastoma innymi parami utknęliśmy tam na 1,5 godziny. W końcu zdecydowaliśmy się pojechać w stronę centrum Elbląga i łapać samochody jadące od miasta, a nie na obwodnicy. Zmiana taktyki nie przyniosła spodziewanych efektów - straciliśmy kolejną godzinę. Zrezygnowani wróciliśmy na drogę krajową nr 7 i idąc wzdłuż niej łapaliśmy okazje. Łącznie po 3 godzinach spędzonych w okolicach Elbląga nachodziły nas czarne myśli i zaczęliśmy powątpiewać czy w ogóle uda nam się dotrzeć w ten weekend do Lwowa. Snuliśmy plany zrezygnowania z mistrzostw i dotarcia tylko do Warszawy - przynajmniej zwiedzilibyśmy stolicę.

Nie my jedni mieliśmy poważne problemy, aby wydostać się z Elbląga. Kilkadziesiąt par w godzinach późno popołudniowych utknęło na obwodnicy tego miasta, nie wspominając już o opowieściach drużyn, które pięć godzin spędziły w Gdańsku! W Polsce naprawdę niełatwo jest złapać okazję.

Idziemy zatem wzdłuż drogi na Warszawę, pomachując już od niechcenia ręką. Po drodze mijamy bardziej pomysłowe pary, które tańczyły, wznosiły ręce na amen błagając o zatrzymanie się samochodów, w końcu i oni w geście rezygnacji zamiast machać ręką z kciukiem uniesionym do góry robiły odwrotnie! Idziemy dalej i bez jakiejkolwiek wiary podnosimy ręce, już nawet nie obracając się twarzą do nadjeżdżających aut. I nagle jest! Hurra! Głos Ani był tak donośny i radosny, iż wpierw usłyszałem krzyk, a później dopiero zorientowałem się, że przed nami zatrzymuje się skromny, lecz jakże pożądany samochód. Wsiadamy i dowiadujemy się o planach kierowcy, który jedzie 60 km do Ostródy. Zawsze coś. Grosz do grosza a będzie kokosza...

Następny grosz można uznać za bogaty. Ba, to była nawet złotówka albo i dwie. Po kilkunastu minutach spędzonych w Ostródzie zostaliśmy zabrani przez śmieszną trójkę podróżnych, aż pod Płońsk (ponad 100 km od Ostródy). Co więcej, tak im się spodobał pomysł mistrzostw autostopowych, iż gotowi byli zmienić plany i jechać z nami do samego Lwowa. Pół żartem, pól serio rozważania utknęły na braku paszportu u kierowcy. A szkoda, bo oprócz szybkiego dotarcia na metę, mielibyśmy okazję lepszego poznania naszych nowych znajomych. A ci naprawdę byli zabawni, szczególnie dziewczyna kierowcy, która co chwilę rzucała niewybredne epitety i głośno komentowała jego poczynania na drodze.

Pod Płońsk zajechaliśmy około godziny 20.30. Powoli nadchodziła noc, a przed nami jeszcze długa droga. Jak na zawołanie, już po kilku minutach zagadywania kierowców na stacji benzynowej, jeden z nich daje się namówić na zabranie nas w kierunku Warszawy. Konkretnie do Nowego Dworu Mazowieckiego. Odległość niewielka, ale jak szybko pokonana! Co prawda mężczyzna zabierając nas mówił, że spieszy mu się, ale to co zobaczyliśmy było… jakby tu grzecznie powiedzieć odjazdowe. Dosłownie. Po 10 sekundach od startu na liczniku widniała cyfra 180 km/h. Spoglądając porozumiewawczo na Anię spostrzegłem, jak ta żegna się prosząc Boga o bezpieczną podróż. W sumie okazało się, iż kierowca nie prowadzi auta aż tak źle - przynajmniej na zakrętach zwalniał do 140 km/h, co wzbudzało w nas minimalne poczucie bezpieczeństwa. Co by nie mówić, transport z nim miał jeden ogromny plus - w pół godziny przejechaliśmy ponad 50 km i byliśmy w Nowym Dworze Mazowieckim. Tam zostaliśmy wysadzeni na stacji benzynowej, gdzie spędziliśmy około godziny, szukając chętnych, którzy mogliby zabrać nas do stolicy. Dla niektórych musieliśmy śmiesznie wyglądać z numerami startowymi przytroczonymi do kurtek. Dla innych widok taki kwalifikował na pracownika stacji benzynowej. Tak też potraktował Anię jeden z klientów, który poprosił ją o uzupełnienie gazu w aucie. Sytuacja śmieszna, ale jaki miała wymiar praktyczny. Ania sprostowała i powiedziała, że jest autostopowiczką szukającą transportu do Warszawy. A co się okazało? Z owym panem przejechaliśmy przez całą stolicę, aż pod Otwock, skąd mogliśmy łapać stopa na Lublin. Zresztą ten przesympatyczny człowiek, dzięki któremu nie musieliśmy zatrzymywać się w Wa-wie okazał się być zakonnikiem. Rozmowa z nim naprawdę była czystą przyjemnością i kiedy pod koniec przejazdu poinformował nas o swoim stanie cywilnym, aż ciężko mi było uwierzyć, iż taki wyluzowany i "swój" gość może nosić habit.

Wysadziwszy nas o godzinie 23 w okolicach Otwocka przy drodze krajowej nr 17 prowadzącej na Lublin, pożegnał się i powrócił do swojego zakonu. My zaś od razu zaczęliśmy poszukiwanie kolejnego środka transportu i podeszliśmy do stojącego TiRa na stacji benzynowej. Szczęścia było co niemiara, gdyż kierowca jechał do miejscowości Piaski, aż za Lublinem. Nareszcie TiRowcy mieli sposobność przejechania się tym wielkim wehikułem! W dodatku prowadzący był na tyle miły, iż rozłożył nam kanapę i ucięliśmy sobie 1,5 godzinną drzemkę. Jakby tego było mało, przez radio CB przekazał nas kolejnemu kierowcy mobilki i w ten sposób w ciągu 4 godzin zajechaliśmy spod Warszawy aż do Tomaszowa Lubelskiego - 24 km od granicy polsko-ukraińskiej. Byliśmy tam o 3.15 w nocy.
W Tomaszowie odpoczęliśmy, pojedliśmy i umyliśmy się, spoglądając od czasu do czasu na uciechy miejscowej młodzieży "zarabiającej" fortunę na grach barowych typu jednoręki bandyta. Po godzinie z powrotem wyszliśmy na drogę i jeszcze po ciemku próbowaliśmy łapać okazję. Kiedy niebo nieco rozjaśniało, zaczęliśmy wędrować wzdłuż szosy, do momentu, kiedy trafiliśmy na kolejną stację z paliwami i tam zgarnął nas młody człowiek jadący do Rawy Ruskiej tuż za granicą Ukraińską. Była godzina 5.30 nad ranem.

Na granicy o tej porze nie było wielkiego ruchu, jednakże formalności związane z wjazdem do naszych wschodnich sąsiadów wydłużały się w nieskończoność. Po 3-krotnym poprawianiu formularza wjazdowego, udało nam się przedostać na teren Ukrainy. Nareszcie! Jest około godziny 6, dnia 2 maja roku pańskiego 2009 - pierwszy raz z Anią jesteśmy na Ukrainie...

I już na wstępie powiało dzikim zachodem. Najpierw kierowca musiał dać w łapę celnikom (ponoć każdy tak robi, aby uniknąć kilkugodzinnej rewizji, podczas której zawsze znajdzie się coś, do czego można by się przyczepić). Później kolejne 20 hrywien (około 8 zł) powędrowało do ręki ukraińskiego mafiosy stojącego przy wjeździe na terytorium Ukrainy. Niezłe, co? Podwójny haracz za wjazd do naszych jakże gościnnych sąsiadów.

A jeżeli już o gościnności mowa, Ukraińcy to naprawdę mili i pomocni ludzie. Nie jeden raz przekonaliśmy się o tym we Lwowie i okolicznych rejonach. Ale nie będę wyprzedał faktów... Na razie jesteśmy kilka kilometrów za granicą i rozpoczynamy poszukiwania transportu do stolicy Podola. Już po kilku minutach Ania znajduje transportera stojącego na poboczu i wraz z sympatycznym ukraińskim małżeństwem udajemy się do Lwowa. No właśnie, czy aby na pewno tam? Po drodze kompani podróży próbują przekazać jakieś informacje, lecz nie za bardzo ogarniamy, co chcą nam powiedzieć. Oni doskonale nas rozumieją, my ich tak piąte przez dziesiąte. Wychodzi na to, że po pół godzinie przesiadamy się do nowiutkiego Audi A8 i bierzemy ze sobą jeszcze jedną osobę. Następnie, kolejne minuty kręcimy się po wioskach, podskakując co raz na wybojach i podziwiając sielskie krajobrazy ukraińskiej wsi. Okazało się, że nasz nowy pasażer był po prostu podwożony do domu, stąd ta nieplanowana wycieczka. W końcu udajemy się już we właściwym kierunku i około godziny 8 z wdzięcznością żegnamy się we Lwowie z pierwszymi Ukraińcami, którzy zdecydowali się zabrać nas na stopa.

No tak, jesteśmy we Lwowie - miasto wschodu i zachodu. Na razie odpuszczamy sobie zwiedzanie centrum. Teraz główny celem jest odnalezienie Grand Rezort Hotel - miejsca biwaku uczestników XII MMA i jednocześnie mety mistrzostw. Mamy do dyspozycji mapkę, którą dostaliśmy od organizatorów oraz wiedzę lokalnej ludności. Dowiadujemy się, że Grand Hotel leży w samym sercu miasta, co zresztą wydaje nam się zgodne z kropką zaznaczoną na mapie. Jedno tylko nie pasuje - jak w centrum Lwowa może stać obiekt noclegowy z dużym polem biwakowym? Ta mała niezgodność zostaje jednak pominięta przez nasze umysły pracujące już prawie bez przerwy od 48 godzin. Dopiero, kiedy zmęczeni docieramy do obiektu i wchodzimy do środka, dowiadujemy się, iż trafiliśmy do… Grand Hotelu, a nie do Grand Rezort Hotel. Jeden człon w nazwie. Jedna kropka więcej na mapie (która notabene okazała się być gmachem opery lwowskiej), ale JAKA RÓŻNICA. Oczywiście, przecież cały czas, gdzieś w głębi świadomości wiedzieliśmy, że to nie może być to miejsce. Szkoda tylko, że nasze kory mózgowe były innego zdania.

Każda sytuacja ma jednak swoje plusy. Dzięki tej pomyłce wiedzieliśmy już, gdzie dokładnie się kierować. Została tylko jedna możliwość, biorąc pod uwagę miejsca zaznaczone na mapie. Na 100%. Na bank. Teraz problem tkwił w odnalezieniu odpowiedniej marszrutki (ukraińskie busy), która zawiozłaby nas do wioski Basiwka leżącej na obrzeżach Lwowa. Organizatorzy byli na tyle łaskawi, aby podać jej numer, lecz za Chiny nie wiedzieliśmy skąd odjeżdża. Zdecydowaliśmy się zatem wsiąść do innej, która wydawało się zawiezie nas w okolice hotelu. Skończyło się to tym, iż przez następną godzinę zwiedzaliśmy miasto zza okien busów i trolejbusów, co jakiś czas wysłuchując sprzecznych relacji jak mamy dojechać do Basiwki. W końcu trafiliśmy na rozumną kobietę, która pokierowała nas na odpowiedni przystanek i około w pół do dziesiątej wsiedliśmy do marszrutki jadącej prosto do Grand Rezort Hotelu.

Jaka była nasza radość, kiedy tuż po godz. 10 rano (czasu polskiego) wraz z parą studentek z Krakowa, które spotkaliśmy w owej marszrutce, dotarliśmy na metę meldując się ex equo na 23 miejscu. Wyniki przyzwoity, biorąc pod uwagę fakt, iż w mistrzostwach brało udział prawie 140 zespołów. Nosiłem się nawet z myślą czy nie zatytułować tej relacji "w 22 godziny Sopotu do Lwowa", ale myślę, że kilometraż robi większe wrażenie.

A co z innymi drużynami? Kiedy dotarły na metę? Pierwsze miejsce zdobyła para, która przyjechała do Lwowa już przed 2 w nocy czasu miejscowego. Okazało się jednak, że oszukali - ojciec jednej z dziewczyn podwiózł je z Gdańska za Warszawę. Następna drużyna dotarła godzinę później, na 3cim miejscu uplasował się team z czasem nieco ponad 15 godzin. Większość par dojeżdżała w sobotę po południu - do godziny 19 na mecie było około 60 zespołów. Ostatni, najwytrwalsi meldowali się w biurze mistrzostw jeszcze w niedzielę rano.

Tak zakończyliśmy pełną niezapomnianych wrażeń podróż. Tego samego dnia jeszcze, po odespaniu zaległych nocy, wyruszyliśmy na miasto i przeszliśmy się po starówce Lwowa. Zasmakowaliśmy atmosfery tego niezwykłego miejsca, zobaczyliśmy wspaniały gmach opery, wiele cerkwi oraz wpadliśmy na ukraińską imprezę. To już jednak temat na inne opowiadanie…

dodal: Witek (5 maja 2009)

Strona gł | O nas | Smocze łodzie | Wędrówka z muzą | Autostop | Forum | Szukaj | Archiwum | Kontakt

Copyright © 2002-2017 Polski Klub Przygody

Wszelkie uwagi dotyczące działania strony prosimy przesyłać do Administratora strony